Przejdź do głównej zawartości

Z półki leśnej Bibliotekarki - 26. „Euforia” Ellin Cullhed, „Wrony” Petry Dvorakovej... i inne wakacyjne lektury


„Euforia” Ellin Cullhed, „Wrony” Petry Dvorakovej, „Katharsis” Andrzeja Szczeklika, „Ostatni” Mai Lunde i inne wakacyjne lektury...
Ależ to był piękny wrzesień! Słońce od świtu do nocy, delikatne, łagodne, jesienne światło, stworzone chyba przede wszystkim dla malarzy, liście zaczynające się złocić, bajecznie kolorowe kwiaty w ogrodach, dojrzałe owoce w sadach! Krople rosy o poranku, w których odbija się świat, zawieszone jak korale na nitkach pajęczyn rozciągniętych między gałązkami kwitnącego wrzosu. Cuda na wyciągnięcie ręki! Misterium przemiany, kolejne okienko w kalejdoskopie zmieniających się pór roku. I te wszystkie skarby dostępne dla każdego, bez ograniczeń i za darmo. Jedyne, co zakłócało mój błogostan, to wiadomości i dramatyczne alerty RCB wieszczące „gwałtowne załamanie pogody” i pojawienie się np. potężnego antycyklonu „z piekła rodem” nad Polską. Trzeba mieć nerwy ze stali, żeby się tym nie przejmować. Zupełnie nie rozumiem dlaczego one są tak pełne napięcia, jakby zaraz świat miał się skończyć. „Mordercze upały, potężne gradobicia, antycyklony, susze, ulewy, gwałtowne burze z piorunami”, „jeśli możesz nie wychodź z domu” (w domyśle: bo przyroda cię zabije). Czy choćby dramatyczna informacja z wczoraj: „zamknij na noc okna, gwałtowne zjawiska przyrodnicze mogą cię zaskoczyć”. Najlepiej wykopać bunkier i się w nim zamknąć lub, jak Horst Sobota, jeden z bohaterów książki pt. „Wielki las” Zbigniewa Nienackiego, co wieczór zasypiać w jesionowej trumnie, skoro śmierć i tak zewsząd na nas czyha.

Żeby było śmieszniej nawet książki, które czytałam podsycały mój niepokój, zamiast koić, wyciszać i kołysać miłościwie w swoich ramionach. Część z nich wpadła mi w ręce dzięki naszemu Dyskusyjnemu Klubowi Książki. Samej może nie przyszłoby mi do głowy, żeby przeczytać „Euforię. Powieść o Sylvii Plath” napisaną przez szwedzką pisarkę Elin Cullhed. Oczywiście zanim sięgnęłam po „Euforię” zapoznałam się z kluczowym dziełem jej głównej bohaterki, Sylvii Plath, a mianowicie ze „Szklanym kloszem”. „Euforia” to jakby fabularyzowany ciąg dalszy dzienników, wariacja na temat „Szklanego klosza”. Urzekła mnie bardziej niż sam „Szklany klosz”, bo wydała mi się barwniejsza i bardziej poruszająca, pełniejsza i bogatsza. Emocje wibrowały w niej o stokroć silniej, ale być może człowiek zmagający się z prawdziwą depresją, jak Sylvia Plath, nie jest w stanie pisać tak intrygująco? A może nie musi być intrygująco, żeby miało wartość literacką i zapisało się jako dzieło wybitne w historii literatury pięknej? Nie wiem, nie jestem krytykiem literackim czy też ekspertem w dziedzinie zaburzeń psychicznych. W każdym razie obie lektury skłaniały do refleksji i zastanowienia nad światem i relacjami z drugim człowiekiem.

Problem relacji międzyludzkich, znowu patologicznych, chorych i raniących poruszony został także w książce „Wrony”, czeskiej pisarki Petry Dvorakovej. Bardzo mnie ta książka poruszyła, a zwłaszcza postać małej Basi, utalentowanej plastycznie dziewczynki, niszczonej psychicznie przez matkę, a jakby tego było mało, bitej, a także molestowanej przez ojca. Wyczytałam w jednej z recenzji, że w książce opisana została „na pozór normalna, czeska rodzina”. Mój Boże, jak sobie pomyślę, że takich „na pozór normalnych rodzin” jest więcej, nie tylko w Czechach, to mi się nogi w kolanach uginają. Zaczynam powątpiewać w nas, ludzi i naszą zdolność do miłości. Jak łatwo przekraczamy granice, które nigdy nie powinny zostać naruszone, ranimy i niszczymy drugiego człowieka, najczęściej tego, który jest blisko i powinien być kochany, chroniony i szanowany! Czasami postępujemy nieświadomie, jak mama Basi. Jakbyśmy mieli na oczach opaskę, w głowie pustkę, w piersiach kamień zamiast serca. Innym razem z premedytacją przeciągamy linę, strzelamy złymi słowami jak z karabinu maszynowego, choć przecież słowa czasami ranią bardziej niż pociski. Przecież jesteśmy zdolni do czułości i każdy tak bardzo pragnie być kochany!

Po „Wronach” postanowiłam rzucić się w nurt prawdziwej powieści, takiej z fikcją literacką, w której akcja płynie wartko, jak woda w górskim strumieniu. Mój trochę niefortunny wybór padł na książkę Mai Lunde pt. „Ostatni”. To autorka wspomnianej wcześniej przeze mnie „Historii pszczół”. Akcja rzeczywiście jest porywająca, tyle, że to kolejna opowieść o końcu naszej pięknej cywilizacji, więc jakby na odbudowanie nastroju średnia. Powieść zbudowana jest podobnie jak „Historia pszczół” z trzech warstw, a tytułowy „Ostatni” to Koń Przewalskiego. Pierwszy wątek poświęcony jest odkryciu dziko żyjącego w stepie stada, pracy włożonej w oswojenie schwytanych osobników, by wreszcie przetransportować kilka par koni z Mongolii do Europy w 1882 r.. Druga warstwa powieści koncentruje się na próbach reintrodukcji, czyli odbudowania gatunku w jego naturalnym środowisku, dokładnie sto lat później. Trzecia warstwa treściowa skupia się na opisie życia po katastrofie ekologicznej, na małej farmie, z ostatnią ocalałą parą koni w 2064 r. W „Historii pszczół” na zakończenie pojawił się jakby promyk nadziei. Tutaj go nie dostrzegłam, ale być może jest i dlatego warto przeczytać powieść, żeby go znaleźć. Tym bardziej, że po mistrzowsku i z wielkim rozmachem opisane zostały uczucia (lub ich brak) i namiętności bohaterów. No i całkiem realnie przedstawia się wizja upadającego świata, niestety.

Ciekawą książkę dostałam w prezencie. To „Katharsis” Andrzeja Szczeklika, lekarza, uczonego, pisarza, filozofa, wielkiego humanisty i jednocześnie znawcy sztuki. Szczerze przyznam, że czasami mnie przerastała, gdyż nie posiadam wiedzy medycznej. To, co mnie mocno zaintrygowało, to spojrzenie na pacjenta i jego zmagania z chorobą od strony lekarza w kontekście historii sztuki i medycyny. Cudnie połączone są tu wątki medyczne, traktaty filozoficzne, nawiązania do najwybitniejszych dzieł literackich, malarskich czy rzeźbiarskich. Książka jest niezwykła i gorąco ją polecam.

Ukojenie, radość i pewien rodzaj szczęścia przyniosła mi za to lektura książek jednego z moich ulubionych (obecnie, bo to się także zmienia) pisarzy, Andrzeja Stasiuka. Pisałam o nim niejednokrotnie na blogu, więc nie będę się powtarzać. Dzisiaj polecam „Duklę” z rysunkami Kamila Targosza, „Opowieści galicyjskie” na podstawie których reżyser Dariusz Jabłoński nakręcił film pt. „Wino truskawkowe” i zbiór krótkich tekstów pt. „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach”.

Dzięki Andrzejowi Stasiukowi nie martwię się, a nawet w pewnym sensie cieszę, że zaczęłam ten tekst od opisu promieni słońca grających na kroplach rosy czy świetlistych, mieniących się w sadach, lasach czy ogrodach barw tegorocznej jesieni. „Dukla” to jest właśnie opowiadanie o świetle, bo - jak twierdzi jej autor, a ja nie mam zamiaru z nim polemizować - „jedyną wartą opisu rzeczą jest światło, jego odmiany i jego wieczność”. Trudniej tylko „opowiada się” takie książki, bo z reguły większość czytelników preferuje konkretną, dynamiczną akcję, rozbudowane dialogi i wyrazistych bohaterów, a nie refleksje wyrażone prozą poetycką z głębi swojego życia i jednostkowego doświadczenia.

Parę słów na zachętę: „Jestem pisarzem i opowiadam historie. Staram się w nich zawierać jak najwięcej życia. Nie w banalnym sensie fabuły, obserwacji społecznych czy psychologicznych, ale w sensie osobistego doświadczenia. Życiem jest dla mnie spotkanie umysłu, zmysłów, wrażliwości, pamięci ze światem. Spotkanie tożsamości z rzeczywistością. Po prostu doświadczenie. Cud doświadczenia. Piękny i tragiczny zarazem, ponieważ drugiej szansy raczej nie będzie. Nie będzie innego świata. (…) Pisanie daje po prostu szansę powrotu, daje złudne przecież, ale jakże odurzające poczucie, że w jakiś sposób panuje się nad czasem. Że można powrócić do obrazów, zapachów, dźwięków i uczuć. Że istnieje możliwość powtórzenia minionego i minione dotyka nas podwójnie, bo nie jest już oczywistą teraźniejszością, ale czymś do czego tęsknimy i oto tęsknota się spełnia. To w swoim pisaniu zawsze chciałem robić: oddalać śmierć ludzi, zdarzeń i rzeczy wiedząc, że nadejdzie. Oddalać śmierć świata. Wsuwać swoje historie niczym przezrocza między to, co było, a to, co będzie”.

Jest to fragment tekstu pt. „Z daleka”, zamykającego książkę pt. „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach”. Warto przeczytać cały. Dla mnie te opowieści, a zwłaszcza ostatnia, nawet jeśli poruszają trudne tematy, zawsze przepełnione są światłem. Może dlatego tak mi pasują do obecnej pory roku.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dyskusyjny Klub Książki w Bibliotece UKW - 3. „Wrony” Petry Dvorakowej

„(…) Wrona nie czuje strachu. Wrona nie czuje radości (…) Za szybą dziewczynie na białej poduszce płoną policzki (…) ”.

Z półki leśnej Bibliotekarki - 25. „Ja, Tamara” i „Tamara, siostra wulkanu” oraz „Jak we śnie…”

  Grzegorz Musiał: „Ja, Tamara” i „Tamara, siostra wulkanu” oraz Grzegorz Kalinowski: „Jak we śnie…” Ależ cudnie zrobiło się na świecie!

Prześwity - 3. "Poetka"

Poetka Na jej twarzy rozchodził się wyraz ciągłego zaskoczenia, nieistniejącego otwarcia, niczym oczy jarzące się w zachwycie, niemogące objąć zachodzącej na niej rzeczywistości. Mimo wszystko miała mocno ściągnięte usta, które lekko falowały u nasady wgryzając się w wyraz gorzkiego posmaku. Mimo wszystko szła dalej, zlepiona zupełnie ze swoimi myślami, z których nie mogła się wykraść, wydobyć na kruchość ciszy. Wszystko w zakłopotaniu ścigało siebie, z jednej strony w drugą, wciąż idąc naprzeciw siebie. Myślała ulicą, która rozchodziła się wiernie w formacjach konturów, linii, krzywizn oraz pod postacią znanych jej już figur. Spieszyła się, jej ciężki chód, odbijający się od powierzchni kozaków, głośno rozbijał się, tworząc rozbudzone minigrzmoty, które odbijały się echem w matowym, zimnym powietrzu.