Przejdź do głównej zawartości

Z półki leśnej Bibliotekarki - 27. Radek Rak – „Agla Aurora”, Annie Ernaux – „Lata” i inne...

 


Radek Rak – „Agla Aurora”, Annie Ernaux – „Lata”, Zyta Rudzka – „Ten się śmieje, kto ma zęby”, Jan Długosz „Komin pokutników” oraz Rafał Fronia „Skalny pielgrzym”.

Gdy skończyłam czytać Aglę Aurorę zdałam sobie sprawę, jak wielką wartością jest wyobraźnia. I to niekoniecznie autora powieści, lecz chyba przede wszystkim jej odbiorcy. W każdym z nas książki żyją własnym życiem, a opowieści nabierają kształtów, jakie sami im nadajemy. Oczywiście autor spełnia kluczową rolę, jest jak dyrygent w orkiestrze, ale… Myślę, że lektura jest w pewnym sensie intymnym procesem twórczym, inspiracją do budowania obrazów, a nawet całych światów na bazie własnych doświadczeń, marzeń, wspomnień, zachwytów, lęków, czasami też upadków, przeczytanych książek, wysłuchanych opowieści, tego wszystkiego, co nas uformowało. Być może to przekonanie daje mi niewielką, ale jednak szansę na ocalenie i stanowi wyraz mojej niestrudzonej wędrówki w poszukiwaniu światła? Odbija ogromną potrzebę wyjścia z mroku i uchwycenia małego promyka słońca, skrawka nadziei. Każdy z nas, jak Sofja Kluk, chroni iskrę swojego człowieczeństwa. Dlatego nie dam się zwieść mrokowi, nie zapadnę w ciemności i chłodzie Krain Borealnych, które przemierzyłam wraz z Radkiem Rakiem i jego bohaterami.

Ubecja, totalitaryzm, łagry. Głód, chłód i brak nadziei. Walka o przetrwanie w zniewolonym świecie. Nie wiem, czy może być bardzie ponure tło opowieści. Ciemne chmury na niebie, właściwie noc polarna, z rzadkimi przebłyskami zorzy pod koniec opowieści. Tej zorzy należy uchwycić się, jak tonący brzytwy, żeby nie osunąć się w mrok, pustkę i beznadzieję. Może dlatego czytelnicy tak pokochali radosnego na przekór okolicznościom, w których się znalazł, Zorzynka z Rzeżuchowa? Ponoć to właśnie dzięki nim Radek Rak umieścił go w drugim tomie i z postaci epizodycznej awansował na jednego z ważniejszych bohaterów. No nie wiem. Pomimo polarnego chłodu i ciemności nie mogłam się od tej lektury oderwać. Starałam się rozpalać gwiazdy na niebie, gdy Sofja z Zorzynkiem uciekali z łagru, ale na nic się to zdało, bo gwiazdy gasły jak zdmuchnięty płomień świecy.

Pierwsza część opowieści opisuje losy Tymiana Drakowa, który chce udowodnić, że nie jest tchórzem i zmyć w ten sposób liczne, niewygodne i uwierające jak kamień w bucie plamy na honorze. Ucieka przed bezpieką, której głównym przedstawicielem jest jego własny ojciec. Ucieka przed zniewoleniem, mentalną klatką, której istnienie właśnie sobie uzmysłowił. Towarzyszy mu czarodziejka, w połowie piękna jak anioł, a w połowie szpetna jak czarownica, której ogień strawił pół twarzy wraz z okiem, żeby nie było wątpliwości. Dopiero w drugiej części Agli Aurory pojawia się Sofja Kluk i od tego momentu akcja nabiera rozpędu. Jest taki moment, gdy świat staje się na chwilę piękniejszy i jaśniejszy. To moment, gdy Sofja wraz z rannym Efrajmem i Dymitrem Drakovem trafiają do Krainy Zwierząt. Tam, dzięki świetlistym tygrysom, są przez chwilę bezpieczni. Tyle, że to czas podarowany na odprawienie Efrajma z doczesności na drugi brzeg. Potem znowu mrok, chłód, zimne morze, kamienna twierdza i niebo bez gwiazd. Ciekawe, czy scena końcowa, gdy Sofja wraz z ojcem Janem Krzysztofem Klukiem, pod postacią owada, uciekają z Karmakaru stanie się początkiem Dobrej Nowiny i odrodzenia czy równią pochyłą w świat bez cienia szans na przetrwanie.

Bardzo chciałabym, żeby ziściła się ta pierwsza wizja. Pisarz jest jak czarodziej (lub czarnoksiężnik), może stworzyć świat od nowa i zachwycić nim czytelnika, ale może też pociągnąć go w cień, odebrać wiarę, nadzieję i miłość, pozostawić samotnego w obliczu pustki. Dlatego nie mogę doczekać się tomu 3!!! Wrodzony optymizm każe mi mieć nadzieję, że będzie jak we „Władcy pierścieni”. Upadnie Mordor i odrodzą się wszystkie jasne moce.


Fragment na zachętę, mam nadzieję…

„Klatka Tymiana nie miała bowiem prętów ani łańcuchów krępujących ruchy. Nie takich ze stali czy kutego żelaza. To była klatka zupełnie innej natury, taka, która siedzi głęboko w głowie i którą nosi się ze sobą wszędzie, dokąd tylko się pójdzie. Większość ludzi żyje w takich klatkach, ale moment uświadomienia sobie własnego uwięzienia zawsze przynosi cierpienie. Tymian przeczuwał istnienie prętów i okowów, ale dopiero przed kilkoma dniami dotarło doń, z czego są one wykonane.

Nie z nadopiekuńczości matki. Nie z cichej, podszytej drwiną pogardy ojca. Więzy Tymiana wykute były z tchórzostwa. I to on sam latami pieczołowicie pracował nad każdym kółkiem tego łańcucha. Cała reszta – ojciec, matka, nauczyciele, wszyscy ludzie – to był tylko ogień, w którym hartowała się materia tych kajdan”.

Uwielbiam odnajdywać w książkach całą tę wysublimowaną warstwę przemyśleń, przeczuć, zachwytów i duchowości, które są mi mentalnie znajome i bliskie. Dotyczy to także pozostałych książek, o których zaraz napiszę.

Duże wrażenie zrobiły na mnie także „Lata” autorstwa nagrodzonej Nagrodą Nobla w 2023 r. Annie Ernaux. W przypadku tej książki mogę odnieść się nie tylko do własnych przemyśleń, lecz również innych osób, które uczestniczyły w listopadowym spotkaniu naszego DKK. Okazało się, że prawie wszyscy mieliśmy problem, żeby przebrnąć przez pierwsze karty powieści. Kiedy to nastąpiło, popłynęliśmy z jej nurtem, zauroczeni sposobem odzwierciedlenia losu jednostki na tle historii całego pokolenia. W pewnym sensie to książka o nas samych, być może dlatego stała się tak bliska i znajoma. My także wędrujemy opisaną przez Aniie Ernaux ścieżką, jesteśmy świadkami tych samych przeobrażeń historycznych, społecznych czy obyczajowych, o których pisze autorka. Jeśli nie osobiście, bo jednak każdy z nas jest w innym momencie życia, to choćby dzięki opowieściom rodziców czy dziadków.

„Lata” to bezosobowa autobiografia. Jej autorka po to tylko wpatruje się w siebie, aby „w sobie odnaleźć świat, pamięć i wyobrażenie minionych dni, uchwycić zmieniające się idee, opinie i odcienie wrażliwości”. A także aby „pochwycić światło opromieniające nieobecne już twarze, obrusy, zastawione niejadanymi już potrawami, to światło, które było w opowieściach o niedzielach dzieciństwa i nie przestało osadzać się na rzeczach i zdarzeniach, gdy tylko się je przeżyło. Światło minione”.

Bardzo pasjonują mnie książki o poszukiwaniu Światła! I trafiam na nie jak po sznurku, jakby prowadziła mnie do nich niewidzialna siła. Pewnie wielu z nas, każdy na swój sposób, poszukuje jasnej strony życia… Czasami pisarze również.

Zyta Rudzka to autorka, której książka „Ten się śmieje, kto ma zęby” została nagrodzona w 2023 r. Nagrodą Literacką Nike. Bardzo mnie zaskoczyła i nawet nie do końca wiem, w jaki sposób wyrazić na czym polega jej magia. Napisana została dość barwnym i soczystym językiem, który nie ma nic wspólnego z prozą poetycką. To na pozór przaśna opowieść kobiety, fryzjerki męskiej, byłej właścicielki zakładu fryzjerskiego Wera, która ma już za sobą młodość, czasy świetności i względnego dostatku. Poznajemy jej historię przez trzy dni, kiedy to przygotowuje się do pogrzebu Dżokeja, męża. Życie Wery nie było usłane płatkami róż, czasami miałam ochotę ręce mad nim załamać i wiać z tej opowieści, gdzie pieprz rośnie, a jednak nie mogłam się od czytania oderwać. No i ta ostatnia strona, która wyjaśnia tak wiele, chwyta za serce i porusza do głębi…

Trzy kolejne książki, które mnie pochłonęły bez reszty to tzw. literatura górska. Jest wiele powodów dla których sięgam po książki o tej tematyce. Po pierwsze: kocham góry od chwili, gdy je pierwszy raz ujrzałam. Po drugie bliscy mi ludzie też je kochają, niektórzy nawet spędzają tam sporo czasu i to nie tylko na wędrówkach, lecz także, a może przede wszystkim w ścianie, ze szpejem w obwodzie, w twardej, mozolnej walce ze swoimi słabościami, ograniczeniami, a także ze skałą. Wciągają mnie wszystkie górskie opowieści. Od „Ksiąg Tatr” Jalu Kurka, który tak magicznie opowiedział o cywilizowaniu Podhala i oswajaniu gór, o księdzu Stolarczyku, Tytusie Chałubińskim, legendarnych gawędziarzu Sabale czy Bartku Obrochcie aż po literaturę współczesną.

Ostatnio, całkiem przypadkowo trafiłam na „Komin pokutników” Jana Długosza. Zupełnie nieoczekiwanie zaczął wędrować na dole ekranu mojego komputera. Oczywiście kliknęłam i od tego momentu wędrował już bezustannie w różnych jego miejscach. Jak tu się oprzeć? Zerknęłam na opis („spójrz, co przygotowaliśmy specjalnie dla ciebie”, „ta oferta powinna być zgodna z twoimi oczekiwaniami”) i pomyślałam, czemu nie? Skoro jakieś algorytmy lub inne dziwne, niezrozumiałe dla mnie zjawiska technologicznie tak się trudzą, żeby podsunąć mi do czytania coś, co mnie na pewno zainteresuje, to może warto zerknąć, co to jest? Zerknęłam. Najpierw sprawdziłam, kim był Jan Długosz, bo na pewno nie kronikarzem! Okazało się, że wspinaczem, który urodził się w 1929 r., a poza tym literatem. Dorobek literacki Jana Długosza jest niewielki, bo zginął młodo (1962 r.) spadając z grani Zadniego Kościelca, ale dokonania wspinaczkowe są ogromne. Tatry znał jak własną kieszeń, wspinał się także w Alpach i w górach Kaukazu. „Komin pokutników” to przepięknie napisane opowieści o wspinaczce. Sam „Komin pokutników” istnieje naprawdę, to miejsce w ścianie Buczynowej Strażnicy. Byłam tak zauroczona opowiadaniami, że sięgnęłam także po wcześniejszy zbiór pt. „Flirt z Czarną Panią”. Kim ona jest? Ta kobieta w czerni i poświacie jasnej, która pojawia się w górach bez względu na pogodę i przysiada pod ścianą, na kamieniu, u podnóża Kościelca, Mnicha czy Zamarłej Turni łagodnie uśmiechając się do mijających ją turystów czy wspinaczy? Tego oczywiście nie zdradzę. Obydwa zbiory opowiadań wzbogacone są unikatowymi zdjęciami, a także komentarzem historycznym i faktograficznym.

Przygotowując ten tekst trochę poczytałam o Janie Długoszu, bo mocno mnie zaintrygowała ta postać - legenda. Blondyn, z kręconymi włoskami, w grubych okularach, spędzający w górach każdą wolną chwilę. Przez Górali uznawany za „swojego”, co w przypadku cepra zdarza się niezwykle rzadko. Specjalizujący się w organizowaniu schroniskowych przedstawień i koncertów, a równocześnie samotnik, indywidualista, który nie zaprzyjaźniał się z każdym. „Palant” – tak go nazywano. Wylansował modę na koszule w kratę i pod tym względem starano się go naśladować, choć z drugiej strony wielu go nie rozumiało i ignorowało. Po jego tragicznej śmierci, ojciec, również Jan, znalazł jeszcze sporo nieopublikowanych za życia utworów. Ukazały się w druku i postaram się do nich dotrzeć, choć pewnie nic już nie jest w stanie przebić urody „Komina pokutników”…

Druga książka z mojej górskiej półki leśnej bibliotekarki to „Skalny pielgrzym” Rafała Froni. To czwarta książka tego pisarza, wspinacza, maratończyka, właściciela wydawnictwa, mieszkającego u podnóża Karkonoszy. Dzięki jego poprzednim książkom, a zwłaszcza „Rozmowie z Górą”, napisanej lekkim piórem i z dużą dozą poczucia humoru, dowiedziałam się, jak wygląda życie w obozie wspinaczkowym, dlaczego zakłada się bazy, w jaki sposób prowadzi aklimatyzację i na czym polega atak szczytowy. Oczywiście życie bez tej cennej wiedzy też ma sens, ale wielką frajdę sprawiło mi czytanie na ten właśnie temat. Tym bardziej, że opisana została cała wyprawa, od wędrówki z niosącymi sprzęt i wyposażenie bazy Szerpami począwszy, poprzez pobyt w obozie 1, 2, 3, aż po radość zdobycia szczytu i odwrót. Wracam jednak do „Skalnego pielgrzyma” i tego, co mnie urzekło (zaskoczyło?) w tej właśnie książce. Otóż, oczywiście oprócz ciekawej relacji z dwóch wypraw (na Nanda Devi East i Broad Peak), bogato ilustrowanej kolorowymi zdjęciami, spodobały mi się nowinki technologiczne! W książce są filmiki! Wystarczy przyłożyć telefon i dzięki sczytaniu kodu QR można obejrzeć jak wygląda wspinaczka, chodzenie w rakach po ośnieżonym, zalodzonym zboczu, ostra jak brzytwa grań Nanda Devi, wichura na szczycie, a także przypominający zombi, słaniający się na własnych nogach wspinacz, który wraca do bazy po kilku dniach spędzonych w ścianie i zdobyciu szczytu. To dość intrygujące, zwłaszcza w takiej typowej relacji z wyprawy, gdy zamiast sobie wyobrażać, można coś zobaczyć naprawdę. Choć, jak wspomniałam na początku mojej dzisiejszej opowieści, wyobraźnia jest kluczowa i może nie warto jej we wszystkim wyręczać? Szczęśliwie w powieściach nie ma takiej możliwości… Oczywiście do chwili ich ekranizacji.

Co sprawia, że ludzie chodzą wysoko w góry?

Jan Długosz, opowiadanie „W dymie watry” ze zbioru „Flirt z Czarną Panią”: „Nie możemy wam wytłumaczyć, po co chodzimy w góry, bo nigdy nie czuliście całym nieludzko zmęczonym ciałem radości ujrzenia po długiej drodze światełek schroniska. Nie widzieliście niezwykłych zjawisk przyrody górskiej, tak przedziwnej i zmiennej jak chyba nigdzie na świecie. Wszystkie odcienie wschodów i zachodów słońca, długie smugi przenikających przez okienka w chmurach promieni znaczące jasne plamy na ciemnych skałach, postrzępione cumulusy burzowe, czarny ołów nawałnic, a nawet szare, beznadziejne deszczowe chmury. Nierealne niuanse, półtony i flażolety oświetleń w różnych porach dnia i roku zapędziłyby w kozi róg niejednego surrealistę. Oceany mgieł, niebo przed halnym i delikatny, przezroczysty błękit upalnego lata.

Nie widzieliście rzeźb natury zakutych w fantastyczne kształty, przy których bledną najwspanialsze wytwory ludzkiego dłuta. Nie przeżywaliście wreszcie jedynych w swoim rodzaju chwil zwycięstwa nad skałą, nad przyrodą, nad własną słabością, kiedy po kilku godzinach czy dniach pokonawszy zmęczenie, strach, deszcz, śnieg, czy mróz, zdobywszy nieznane, stajemy na wpół żywi, ale jakże szczęśliwi na szczycie”…

Czego obawia się Rafał Fronia?

Rafał Fronia, „Skalny pielgrzym”: „Ja boję się tego, że przestanie mi się chcieć biegać, jeździć w góry, kochać, pracować. Widzę siebie na takiej kanapie starości z pilotem ogłupienia w ręku i puszką zniechęcenia w drugiej, przed ekranem beznadziei, wpatrzonego w dziurawe dno marzeń (…). Widzę jak rośnie mi brzuch i któryś podbródek, jak w sobotnie popołudnie wyjeżdżam z supermarketu z pełnym niepotrzebnych rzeczy wózkiem”.

Dwóch różnych pisarzy - wspinaczy, dwa różne światy, spojrzenia na góry, dwie epoki, ale jeden zachwyt, entuzjazm i potrzeba dzielenia się tym, co w życiu najważniejsze.

Wszystkie książki serdecznie polecam!


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dyskusyjny Klub Książki w Bibliotece UKW - 3. „Wrony” Petry Dvorakowej

„(…) Wrona nie czuje strachu. Wrona nie czuje radości (…) Za szybą dziewczynie na białej poduszce płoną policzki (…) ”.

Z półki leśnej Bibliotekarki - 25. „Ja, Tamara” i „Tamara, siostra wulkanu” oraz „Jak we śnie…”

  Grzegorz Musiał: „Ja, Tamara” i „Tamara, siostra wulkanu” oraz Grzegorz Kalinowski: „Jak we śnie…” Ależ cudnie zrobiło się na świecie!

Prześwity - 3. "Poetka"

Poetka Na jej twarzy rozchodził się wyraz ciągłego zaskoczenia, nieistniejącego otwarcia, niczym oczy jarzące się w zachwycie, niemogące objąć zachodzącej na niej rzeczywistości. Mimo wszystko miała mocno ściągnięte usta, które lekko falowały u nasady wgryzając się w wyraz gorzkiego posmaku. Mimo wszystko szła dalej, zlepiona zupełnie ze swoimi myślami, z których nie mogła się wykraść, wydobyć na kruchość ciszy. Wszystko w zakłopotaniu ścigało siebie, z jednej strony w drugą, wciąż idąc naprzeciw siebie. Myślała ulicą, która rozchodziła się wiernie w formacjach konturów, linii, krzywizn oraz pod postacią znanych jej już figur. Spieszyła się, jej ciężki chód, odbijający się od powierzchni kozaków, głośno rozbijał się, tworząc rozbudzone minigrzmoty, które odbijały się echem w matowym, zimnym powietrzu.