Przejdź do głównej zawartości

Z półki leśnej Bibliotekarki - 29. Andrzej Stasiuk "Przewóz", Wojciech Szczawiński "Myśli przy końcu drogi" i inni ...

 


„Przewóz” Andrzeja Stasiuka, „Myśli przy końcu drogi” Wojciecha Szczawińskiego oraz „Pawilon małych ssaków” Patryka Pufelskiego. A także wywiad rzeka z Andrzejem Stasiukiem przeprowadzony przez Dorotę Wodecką pt. „Życie to jednak strata jest”


Po ciągnącej się w nieskończoność zimie nareszcie zrobiło się jaśniej i cieplej. No i od razu zakotłowało się w przyrodzie! Na kwiatach prymulek z szelestem skrzydeł wylądowały pierwsze kolorowe motyle. Gołębie zaczęły intensywnie gruchać w swoim gnieździe na sośnie, za płotem, a o świcie, jak co roku o tej porze, w lesie podniósł się donośny ptasi rwetes. Śpiewają kowaliki, zięby, mazurki. Sójki swoim skrzekiem ranią tę poranną harmonię dźwięków, ale też chcą pokazać na co je stać. Dzięcioły bezgłośnie pluskają się w oczku wodnym, pogwizdują kosy, sikorki podskakują żwawiej, bo przecież rozpoczyna się wielkie misterium przemiany! U Lidki, na łące koło domu, w dziupli znajdującej się w pniu starego kasztanowca zagnieździł się puszczyk! Nad naszym lasem leciał ostatnio klucz żurawi, co bardzo mnie ucieszyło, gdyż zawsze wyobrażałam sobie, że takie żurawie mogą latać tylko nad nadjeziornymi łąkami, polami, czyli gdzieś tam het, w dalekiej głuszy i dziczy. A tu proszę, poczciwe żurawie kołowały sobie jak gdyby nigdy nic nad Puszczą Bydgoską!


Kozioł wyjadł mi z ogródka cebulki tulipanów wraz z kiełkującymi kwiatkami. Nie znalazłam nigdzie jego doczesnych szczątków, stąd wnioskuję, że cebulki nie były trujące. Ropuszki oszalały i takie na pół otumanione wyłażą z zarośli wieczorem na chodnik, stają nieruchomo przypominając słupki i popiskują po swojemu. Ożywiły się pomarańczowe karasie w stawiku. Przyleciały bociany, widziałam pierwszego, złocistego trzmiela. Kwitną cebulice, żonkile, przebiśniegi, bratki i krokusy. Nie widziałam jeszcze mrówek, ale czerwone kowaliki i owszem, przebudziły się z zimowego letargu.

W sklepach pojawiły się nowe, wiosenne kolekcje ubrań. Są w jaśniejszych kolorach niż te zimowe, co też jest oznaką zbliżającej się pory ciepłej i słonecznej. Co prawda rano, zanim wsiądę na rower, zakładam z przyzwyczajenia kamizelkę odblaskową, ale nie jest to takie konieczne jak przeszło miesiąc temu, gdy zamiast mnie na rowerze gnała sama kamizelka, bo ja zlewałam się z czernią nocy. No cudnie.

Przeczytałam kilka ciekawych książek. Najbardziej ze wszystkich urzekł mnie „Przewóz” Andrzeja Stasiuka. Jego spojrzenie na świat i ludzi jest mi bardzo bliskie. Może dlatego tak się tym Stasiukowym pisarstwem zachwycam? Akcja „Przewozu” toczy się w dwóch przenikających się płaszczyznach. Zaczyna się w czerwcu 1941 r., w przededniu niemieckiej inwazji na Rosję, w małej wiosce nad Bugiem. Z jednej strony rzeki stacjonują Niemcy, z drugiej Rosjanie, pojawiają się także polscy partyzanci (ich okrucieństwo szokuje nie mniej niż zbrodnie Niemców czy Rosjan) oraz para ukrywających się Żydów. Tygiel narodowościowy w mikroskali. A pośrodku jest Bug i przewoźnik, który swoją małą łódeczką przetransportowuje ludzi z jednego brzegu rzeki na drugi. Trochę przypomina Charona przewożącego ludzkie dusze przez Styks… Druga płaszczyzna opowieści to czasy współczesne, gdy podmiot literacki (Andrzej Stasiuk? A jakże!) podróżuje do wspomnianej wioski ze swoim tracącym pamięć ojcem, naocznym świadkiem opisywanych w książce wydarzeń. Te wyprawy mają na celu obudzenie tlących się gdzieś na skraju świadomości wspomnień. Niestety, nie przynoszą rezultatu. Nieszczęśliwie (a może w tym wypadku szczęśliwie?) pamięć ludzka bywa zawodna, czasami płata figle i wodzi nas na manowce. Książka mnie zaskoczyła, mocno poruszyła, a jeśli chodzi o warstwę językową, to urzekła, pomimo mrocznej i dość przybijającej treści. Myślę, że należy do lektur, które zapadają w pamięć i zostają na długi czas w czytelniku. Może nawet na zawsze… Oczywiście pod warunkiem, że nie dopadnie go demencja…

Przeczytałam także wydane w 2004 r. „Myśli przy końcu drogi” Wojciecha Szczawińskiego. W książce znajdują się wypowiedzi pacjentów spędzających swoje ostatnie dni w hospicjum. Tak się zdarzyło, że kilka razy odwiedzałam tam terminalnie chorego. O czym można myśleć u kresu drogi? Czy ludzie przechodzą wówczas cudowną przemianę i stają się lepsi, czy może na odwrót, robią się coraz bardziej wściekli, zrozpaczeni i bezsilni? Z każdą chwilą słabsi i skazani na innych… A może są sobą do samego końca i jeśli wszczynali awantury przez całe swoje życie to do ostatnich chwil będą się rzucać jak przysłowiowe pchły na aksamicie? I dopiero wówczas pozwolą się trzymać za rękę, gdy stracą wolę walki, a ich świadomość zostanie stępiona morfiną? Miałam mieszane myśli i sporo refleksji przy końcu drogi osoby, którą tam odwiedzałam. Książka zaś świetnie wpisała się w klimat wydarzenia.

Na osłodę, bo szczęśliwie bywają osoby piszące o optymistycznym usposobieniu, gorąco polecę wyjątkowo pozytywny „Pawilon małych ssaków” Patryka Pufelskiego. Za tę książkę, pisaną w formie dziennika, w ubiegłym roku autor otrzymał nagrodę O!Lśnienia (Nagroda Kulturalna Onetu i Miasta Krakowa) w dziedzinie literatury. Czytając wywiad z Patrykiem Pufalskim natknęłam się na zdanie, że nawet pisanie dziennika bywa aktem kreacji. No proszę!


Właściwie na tym chciałam zakończyć moje rekomendacje lekturowe. Pechowo wpadł mi w ręce wywiad rzeka z moim ulubionym (obecnie, ale to się zmienia jak w kalejdoskopie) pisarzem, Andrzejem Stasiukiem, przeprowadzony w 2015 r. przez Dorotę Wodecką. Książka zatytułowana „Życie to jednak strata jest” mocno mnie zaintrygowała, bo zawsze miło dowiedzieć się, co myśli osoba, której pisarstwo tak nam przypadło do gustu. Hm…

Może czasami lepiej wszystkiego nie wiedzieć? Zacytuję fragment o tym, jakie kobiety robią na moim ulubieńcu wrażenie. Na pytanie „A jakie kobiety są ładne” Andrzej Stasiuk odpowiedział: „Kobiece. Duże. Nie znoszę chudych bab. Przecież cielesność nas w nich pociąga, ciepło, dotyk, a jak tu się przytulić do szkieletu?! Przepraszam, że tak mówię, ale współczesna kultura hodowli takich samych egzemplarzy to coś strasznego. Kobieta ma pierdolca, bo parę kilogramów więcej waży! To jest morderstwo na człowieku. Ludzie! Obsesja zdrowia i chudości! W Hamburgu poszedłem raz po południu na spacer do parku i myślałem, że mnie, kurwa, stratują! Nie było ani jednego spacerującego! Wszyscy w tych strojach, wszyscy chudzi jak kościotrupy. Atak szkieletorów. A ja chciałem się przejść niespiesznie, wypiwszy piwo, będąc nieco gruby. Czułem się dyskryminowany. Poszedłem stamtąd”.

Z ulubionymi pisarzami bywa tak, że niekoniecznie trzeba się z nimi we wszystkim zgadzać. To chyba trochę tak jak z miłością. Kiedy kochamy staramy się akceptować niedoskonałości, braki, mankamenty, wszystkie te mroki i ciemne doliny, po których stąpa bliska nam osoba. Są jednak jakieś granice… Tak więc nie wiem, czy jeszcze kiedyś polecę na naszym blogu jakąkolwiek książkę Andrzeja Stasiuka. Zresztą było ich tu już tyle, że postaram się tego więcej nie robić. Jak można się domyślić, należę (chyba jeszcze) do tych nieszczęsnych szkieletorów… A swoją drogą zawsze mnie to zastanawia i zadziwia, że trzeba zachować szczególną czujność i wielką delikatność w relacjach z osobami tzw. puszystymi, a po chudzielcach można bezkarnie ujeżdżać jak po łysej kobyle, że tak się rubasznie wyrażę. Puszysty – delikatny, jak puszek, cieplutki pączuszek, milutki, mięciutki, mru, mru. I chudy szkieletor, neurotyczna wredota. Skóra i kości, bez serca, bez miłości. Brr. A przecież chodzi o bioróżnorodność…

A propos gołębi. Odkryłam, że założyły także gniazdo na świerku, tuż przy domu. Z okna łazienki widzę, co w nim porabiają. Nie wiem: płoszyć je czy dalej prowadzić ukryte obserwacje pt. „Z życia gołębi bielickich” narażając się na zmasowane naloty ptasich odchodów… Muszę to przemyśleć.

Mrówki obudziły się w święta wielkanocne.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dyskusyjny Klub Książki w Bibliotece UKW - 3. „Wrony” Petry Dvorakowej

„(…) Wrona nie czuje strachu. Wrona nie czuje radości (…) Za szybą dziewczynie na białej poduszce płoną policzki (…) ”.

Z półki leśnej Bibliotekarki - 25. „Ja, Tamara” i „Tamara, siostra wulkanu” oraz „Jak we śnie…”

  Grzegorz Musiał: „Ja, Tamara” i „Tamara, siostra wulkanu” oraz Grzegorz Kalinowski: „Jak we śnie…” Ależ cudnie zrobiło się na świecie!

Prześwity - 3. "Poetka"

Poetka Na jej twarzy rozchodził się wyraz ciągłego zaskoczenia, nieistniejącego otwarcia, niczym oczy jarzące się w zachwycie, niemogące objąć zachodzącej na niej rzeczywistości. Mimo wszystko miała mocno ściągnięte usta, które lekko falowały u nasady wgryzając się w wyraz gorzkiego posmaku. Mimo wszystko szła dalej, zlepiona zupełnie ze swoimi myślami, z których nie mogła się wykraść, wydobyć na kruchość ciszy. Wszystko w zakłopotaniu ścigało siebie, z jednej strony w drugą, wciąż idąc naprzeciw siebie. Myślała ulicą, która rozchodziła się wiernie w formacjach konturów, linii, krzywizn oraz pod postacią znanych jej już figur. Spieszyła się, jej ciężki chód, odbijający się od powierzchni kozaków, głośno rozbijał się, tworząc rozbudzone minigrzmoty, które odbijały się echem w matowym, zimnym powietrzu.