Trochę
gór i trochę mroku, czyli… „Widok piękny bez zastrzeżeń” Mieczysława
Karłowicza, „Na przełęczy” (reprint z 1891 r.) Stanisława Witkiewicza i „Nad
jeziorem” Sharon Bolton.
W ostatnim poście dość enigmatycznie napisałam
o lesie, a nieomal cała opowieść poświęcona była książkom. Tymczasem w mojej
leśnej ostoi... Przez bite dwa miesiące wszystkie drogi skute były lodem.
Czasami wyglądało to magicznie, na przykład wówczas, gdy wieczorne słońce odbijało
się w zamrożonej ścieżce, a wraz z nim złote sosny. Piękny widoczek. Innym
razem las wyglądał przygnębiająco i ponuro. Zwaliste, posępne chmurzyska
wisiały tuż nad koronami drzew, siąpił deszcz, a zmrożone lodem ścieżki jakoś
tak matowiały, szarzały i robiły się jeszcze bardziej śliskie, o ile to w ogóle
było możliwe. Do tego tuż nad ziemią unosiła się mleczna mgła, wszystkie kolory
gasły i wyłaniał się krajobraz niczym z powieści grozy. Wędrując z psem nie
spotykaliśmy wówczas żadnej żywej duszy, bo nikomu nie chciało się wyściubiać
nosa z domu i ryzykować kontuzji w tak niesprzyjających okolicznościach
przyrody. Choć uważam, że nawet taki mroczny las ma swój urok. No i niechcąco
stworzyłam klimat rodem z kryminału Sharon Bolton. Brakuje tylko jeziora, bo ta
brytyjska pisarka z reguły osadza akcję swoich książek w pobliżu zbiorników
wodnych. Prawdopodobnie z zamiłowania do
pływania i żeglarstwa. I tym sposobem dotarłam do pierwszej z rekomendowanych
książek, a mianowicie najnowszego kryminału Sharon Bolton pt. „Nad jeziorem”. Akcja
książki toczy się dwutorowo. Czytelnik przenosi się do malutkiej górzystej
osady w Kumbrii, w północno-zachodniej Anglii. Anna, główna bohaterka o
tajemniczej przeszłości, otwiera tam piekarnię. Nie mam pojęcia w jaki sposób
można codziennie wypiekać chleby, bułki i ciasta dla mieszkańców wioski, następnie gościć ich przez cały dzień
w malutkiej kawiarence, a wieczorem bawić się w detektywa. Fikcja literacka od
zawsze mnie fascynuje. A może są takie kobiety cudotwórczynie? Anna zasiedla
jedno z trzech mieszkań szeregowego domku. Ściany mieszkania są cienkie jak
papier, a sąsiedzi tak samo
nieodgadnieni jak ona. Tymczasem w wiosce odbywa się doroczne Zgromadzenie
wyznawców Kościoła. Od lat towarzyszą mu dziwne zdarzenia m.in. tajemnicze
zniknięcia młodych dziewcząt. Nasi bohaterowie próbują rozwikłać tę mroczną zagadkę.
Równocześnie poznajemy przebiegłego mordercę psychopatę. W finale wszyscy
bohaterowie się spotykają, spadają maski i rozwiązuje się zagadka. Ale - jak to
u Sharon Bolton bywa - do samego końca nie wiadomo, kto jest kim naprawdę. I to
jest właśnie najbardziej ekscytujące. W książkach tej brytyjskiej autorki lubię
nie tylko dynamiczną akcję, zaskakującą fabułę, zgrabny język, ale przede
wszystkim klimat i niezwykły nastrój zbudowany między innymi dzięki poetyckim
opisom przyrody.
Wracam
na chwilę do lasu. Z powodu mrozów, ale przede wszystkim z powodu skucia lodem
drogi dojazdowej do leśniczówki musiałam odstawić rower do garażu i zdać się na
środki komunikacji miejskiej. Żeby dotrzeć do przystanku najpierw próbowałam
wędrować po lodzie, ale wkrótce wpadłam na lepszy pomysł, a mianowicie, poranny
trucht między drzewami. Nawet mi się spodobało, zwłaszcza, że znalazłam
parostki, a dokładnie parostek, czyli taki jeden rożek kozła sarny. Trafiło się
ślepej kurze ziarnko – pomyślałam – ale szczerze ucieszyłam z łupu.
Przez
te wszystkie mroźne dni po pracy codziennie gnaliśmy z Sękiem na spacery. Tyle,
że jakiś tydzień temu mój przyjaciel okulał. Weterynarz zapisał środki
przeciwbólowe i skierował na dalszą diagnostykę. Leczenie i tak może być tylko
objawowe, bo pies jest stary i nie nadaje się na żaden zabieg. Chwilowo (mam
nadzieję, ale nie wiem, czy znowu nie płynę na fali mojego życiowego optymizmu)
wspólne spacery zostały zawieszone. Może jednak mój stary druh odzyska wigor i
znowu dotrzemy do górzystego oddziału 340? Spacery z psem są dla mojej duszy
niezwykle kojące. Nie wyobrażam sobie bez nich życia, ale pewnie kiedyś będę
musiała się bez nich obejść… A konkretnie bez towarzystwa Sęka. No nic. Z
powodu tych niesprzyjających okoliczności przyrody postanowiłam zanurzyć się w
moich ulubionych górskich opowieściach. Ostatnio kupiłam kilka ciekawych
książeczek, które polecam fanom literatury górskiej. Pierwsza, to starannie i z
gustem wydana w 2017 r. książka pt. „Widok piękny bez zastrzeżeń”. Jest to
album, w którym znalazły się fotografie tatrzańskie Mieczysława Karłowicza,
udostępnione przez krakowski Ośrodek Turystyki Górskiej. Oprócz fotek w tomiku
znalazło się krótkie wprowadzenie Justyny Nowickiej na temat fotografii
górskiej, kilka relacji z wypraw pióra samego Karłowicza, zamieszczonych onegdaj
na łamach prasy taternickiej, kronikarium życia artysty oraz relacja z wyprawy
ratunkowej, która została zorganizowana przez Mariusza Zaruskiego, gdy M.
Karłowicz zaginął przysypany lawiną pod Kościelcem w 1909 r.
W
jednym z opowiadań urzekło mnie użalanie się Karłowicza na temat głośnego
zachowania turystów w Dolinie Gąsienicowej.
Pomyślałby kto, że „tłumy” wędrowców z początków XX w. były aż tak
liczne i niesforne! Rety…
Fragment
dokumentujący troskę kompozytora wędrującego Orlą Percią.:
„Pierwszy
dzień zszedł mi czarownie. Zarówno Dolina Pańszczycy, jak też Orla Perć od
Krzyżnego po Granaty spowita była w ciszę. (…) Inaczej było drugiego dnia. Ponieważ
idąc od Zawratu miałem prawie ciągle na oku kotlinę Czarnego i Zmarzłego Stawu,
że przy tym dolina Czarnego Stawu odznacza się niezwykłą akustycznością mogącą
współzawodniczyć z akustyką niejednej sali koncertowej, dzień ten miałem wprost
zepsuty.
Bo
proszę pomyśleć: od rana cała kotlina zaczęła żyć, lecz nie swoim zamyślonym,
sennym życiem pogodnego dnia górskiego, lecz rozpasanym gwarem ludzkiego
mrowia. Okrzyki, nawoływania, śpiewy nie milkły ani na chwilę, a strzały
rewolwerowe potrącały o ciemne ściany górskie; groźne echo, jakby pomruk
zagniewanych olbrzymów tatrzańskich, odpowiadało przeciągle, głusząc na chwilę
nieznośną wrzawę.”
Skąd
my to znamy? No, może poza tym hukiem z rewolwerów…
Druga
opowieść, która mnie zaskoczyła to opis wędrówki na Ostry Szczyt (Śpiczasty,
takiej nazwy używa Karłowicz) i nocleg w szałasie, znajdującym się jakieś
kilkaset metrów od koczowiska niedźwiedzia brunatnego. Szczęśliwie zapobiegliwi
mieszkańcy wioski wcześniej dostarczyli misiowi aprowizację w postaci biednych,
starych szkapin wyprowadzonych bestii na pożarcie. Od razu przypominała mi się
historia, gdy dostałam w Tatrach mandat – uwaga, uwaga!!! – „za płoszenie
niedźwiedzia brunatnego w jego ostoi”. A było to późnym, sierpniowym
popołudniem, gdy po sforsowaniu Zawratu, przebiegnięciu przez Dol. Pięciu
Stawów Polskich i dotarciu już na czworakach do schroniska w Starej Roztoce,
ruszyliśmy leśną ścieżką w kierunku parkingu na Palenicy. Tą ścieżynką, którą
chodzą tubylcy i którą dowozi się aprowizację do schroniska. Przy wejściu na
parking czekał już na nas patrol złożony ze strażnika miejskiego i parkowego. I
tam właśnie dowiedziałam się, że wędrując cudną, leśną ścieżką, ale jednak
„poza szlakiem” płoszyłam niedźwiedzia brunatnego w jego ostoi. Mandat
połechtał moją próżność, bo jakoś nie wyobrażam sobie, żebym miała tyle
animuszu, żeby płoszyć niedźwiedzia… Był też tak niedorzeczny, że odezwały się
Niebiosa grzmotem z jasnego nieba, a więc hukiem błyskawicy na nieomal
bezchmurnym nieboskłonie.
Moja
trzecia rekomendacja to – ni mniej, ni więcej - jak „Na przełęczy. Wrażenia i
obrazy z Tatr” Stanisława Witkiewicza. Chodzi mi o reprint pierwszego wydania
(1891 r.), który ukazał się w 2021 r. Książka została wydrukowana na pięknym
papierze, zawiera ilustracje autora i pachnie. Język jest archaiczny, więc
opowieść czyta się z niejakim trudem. Może dlatego nie miałam natchnienia, żeby
się z nią wcześniej zmierzyć, ale w chwili obecnej czytanie o realiach pobytu w
Tatrach w końcu XIX w. sprawia mi frajdę. Już sam opis wyjazdu z Krakowa
pociągiem, a potem długa podróż góralską bryczką do wynajętej kwatery jest
zaskakujący i ciekawy. Na pewno nie jest to łatwa lektura (język!), ale
polecam! Zwłaszcza Tatro-maniakom, którzy chodząc po górach zastanawiają się,
kto zbudował chroniące przed deszczem szałasy, wyznaczył i uformował szlaki,
wbił pierwsze klamry w ściany, wykuł stopnie w litej skale, czyli jak to się
wszystko zaczęło…
Fragmencik
dla śmiechu:
„Wśród
zupełnej pustyni, zawalonej okruchami gór, gdzie czarne krzaki kosodrzewiny
wyginają swoje karłowate konary, gdzie świerk już nie śmie rosnąć, podróżny
zaskoczony burzą znajduje dach, ognisko i przytułek. Schodząc zrębami ścian
granitowych, jeśli masz gdzie nogę postawić, to dlatego, że jakiś delegat
Towarzystwa tatrzańskiego wyżłobił ten gzemsik ledwo dostrzegalny jak ślad
małego robaka na gliniastem urwisku; gdzieindziej znowu wisząc w powietrzu nad
przepaścią, dziękuj temuż Towarzystwu tatrzańskiemu za parę klamer żelaznych,
wbitych w gładką ścianę, za które możesz
się uczepić. Jeżeli z labiryntu dróg błędnych, wśród lasów zawalonych głazami,
podciekłych strumieniami, wyprowadzą cię czerwone szlaki na korze świerków, na
występach skalnych, to wiedz, że tędy przechodził pan Walery Eliasz
(Radzikowski) i jak wróżka z bajki stawiał drogowskazy dla zbłąkanych dzieci”.
Ogromnym
walorem są przepiękne drzeworyty autora. Stanowią niesamowite uzupełnienie
tekstu.
I
tym sposobem dobrnęłam do końca opowieści. Powoli stopił się lód na moich
leśnych ścieżkach. Wreszcie można śmigać na rowerze i czuć we włosach pęd
wiatru… No, powiedzmy! Góry zaś sobie stoją jak stały, od wieków zachwycają
swoim urokiem i tylko my bezpowrotnie przemijamy… Szczęśliwie powstało o nich sporo
opowieści, którymi możemy się cieszyć.
.png)



Komentarze
Prześlij komentarz