Przejdź do głównej zawartości

Z półki leśnej Bibliotekarki - 38. Trochę gór i trochę mroku, czyli… To Bolton i in.

 


Trochę gór i trochę mroku, czyli… „Widok piękny bez zastrzeżeń” Mieczysława Karłowicza, „Na przełęczy” (reprint z 1891 r.) Stanisława Witkiewicza i „Nad jeziorem” Sharon Bolton.

 W ostatnim poście dość enigmatycznie napisałam o lesie, a nieomal cała opowieść poświęcona była książkom. Tymczasem w mojej leśnej ostoi... Przez bite dwa miesiące wszystkie drogi skute były lodem. Czasami wyglądało to magicznie, na przykład wówczas, gdy wieczorne słońce odbijało się w zamrożonej ścieżce, a wraz z nim złote sosny. Piękny widoczek. Innym razem las wyglądał przygnębiająco i ponuro. Zwaliste, posępne chmurzyska wisiały tuż nad koronami drzew, siąpił deszcz, a zmrożone lodem ścieżki jakoś tak matowiały, szarzały i robiły się jeszcze bardziej śliskie, o ile to w ogóle było możliwe. Do tego tuż nad ziemią unosiła się mleczna mgła, wszystkie kolory gasły i wyłaniał się krajobraz niczym z powieści grozy. Wędrując z psem nie spotykaliśmy wówczas żadnej żywej duszy, bo nikomu nie chciało się wyściubiać nosa z domu i ryzykować kontuzji w tak niesprzyjających okolicznościach przyrody. Choć uważam, że nawet taki mroczny las ma swój urok. No i niechcąco stworzyłam klimat rodem z kryminału Sharon Bolton. Brakuje tylko jeziora, bo ta brytyjska pisarka z reguły osadza akcję swoich książek w pobliżu zbiorników wodnych.  Prawdopodobnie z zamiłowania do pływania i żeglarstwa. I tym sposobem dotarłam do pierwszej z rekomendowanych książek, a mianowicie najnowszego kryminału Sharon Bolton pt. „Nad jeziorem”. Akcja książki toczy się dwutorowo. Czytelnik przenosi się do malutkiej górzystej osady w Kumbrii, w północno-zachodniej Anglii. Anna, główna bohaterka o tajemniczej przeszłości, otwiera tam piekarnię. Nie mam pojęcia w jaki sposób można codziennie wypiekać chleby, bułki i ciasta dla mieszkańców  wioski, następnie gościć ich przez cały dzień w malutkiej kawiarence, a wieczorem bawić się w detektywa. Fikcja literacka od zawsze mnie fascynuje. A może są takie kobiety cudotwórczynie? Anna zasiedla jedno z trzech mieszkań szeregowego domku. Ściany mieszkania są cienkie jak papier, a  sąsiedzi tak samo nieodgadnieni jak ona. Tymczasem w wiosce odbywa się doroczne Zgromadzenie wyznawców Kościoła. Od lat towarzyszą mu dziwne zdarzenia m.in. tajemnicze zniknięcia młodych dziewcząt. Nasi bohaterowie próbują rozwikłać tę mroczną zagadkę. Równocześnie poznajemy przebiegłego mordercę psychopatę. W finale wszyscy bohaterowie się spotykają, spadają maski i rozwiązuje się zagadka. Ale - jak to u Sharon Bolton bywa - do samego końca nie wiadomo, kto jest kim naprawdę. I to jest właśnie najbardziej ekscytujące. W książkach tej brytyjskiej autorki lubię nie tylko dynamiczną akcję, zaskakującą fabułę, zgrabny język, ale przede wszystkim klimat i niezwykły nastrój zbudowany między innymi dzięki poetyckim opisom przyrody.

Wracam na chwilę do lasu. Z powodu mrozów, ale przede wszystkim z powodu skucia lodem drogi dojazdowej do leśniczówki musiałam odstawić rower do garażu i zdać się na środki komunikacji miejskiej. Żeby dotrzeć do przystanku najpierw próbowałam wędrować po lodzie, ale wkrótce wpadłam na lepszy pomysł, a mianowicie, poranny trucht między drzewami. Nawet mi się spodobało, zwłaszcza, że znalazłam parostki, a dokładnie parostek, czyli taki jeden rożek kozła sarny. Trafiło się ślepej kurze ziarnko – pomyślałam – ale szczerze ucieszyłam z łupu.

Przez te wszystkie mroźne dni po pracy codziennie gnaliśmy z Sękiem na spacery. Tyle, że jakiś tydzień temu mój przyjaciel okulał. Weterynarz zapisał środki przeciwbólowe i skierował na dalszą diagnostykę. Leczenie i tak może być tylko objawowe, bo pies jest stary i nie nadaje się na żaden zabieg. Chwilowo (mam nadzieję, ale nie wiem, czy znowu nie płynę na fali mojego życiowego optymizmu) wspólne spacery zostały zawieszone. Może jednak mój stary druh odzyska wigor i znowu dotrzemy do górzystego oddziału 340? Spacery z psem są dla mojej duszy niezwykle kojące. Nie wyobrażam sobie bez nich życia, ale pewnie kiedyś będę musiała się bez nich obejść… A konkretnie bez towarzystwa Sęka. No nic. Z powodu tych niesprzyjających okoliczności przyrody postanowiłam zanurzyć się w moich ulubionych górskich opowieściach. Ostatnio kupiłam kilka ciekawych książeczek, które polecam fanom literatury górskiej. Pierwsza, to starannie i z gustem wydana w 2017 r. książka pt. „Widok piękny bez zastrzeżeń”. Jest to album, w którym znalazły się fotografie tatrzańskie Mieczysława Karłowicza, udostępnione przez krakowski Ośrodek Turystyki Górskiej. Oprócz fotek w tomiku znalazło się krótkie wprowadzenie Justyny Nowickiej na temat fotografii górskiej, kilka relacji z wypraw pióra samego Karłowicza, zamieszczonych onegdaj na łamach prasy taternickiej, kronikarium życia artysty oraz relacja z wyprawy ratunkowej, która została zorganizowana przez Mariusza Zaruskiego, gdy M. Karłowicz zaginął przysypany lawiną pod Kościelcem w 1909 r.

W jednym z opowiadań urzekło mnie użalanie się Karłowicza na temat głośnego zachowania turystów w Dolinie Gąsienicowej.  Pomyślałby kto, że „tłumy” wędrowców z początków XX w. były aż tak liczne i niesforne! Rety…

Fragment dokumentujący troskę kompozytora wędrującego Orlą Percią.:

„Pierwszy dzień zszedł mi czarownie. Zarówno Dolina Pańszczycy, jak też Orla Perć od Krzyżnego po Granaty spowita była w ciszę. (…) Inaczej było drugiego dnia. Ponieważ idąc od Zawratu miałem prawie ciągle na oku kotlinę Czarnego i Zmarzłego Stawu, że przy tym dolina Czarnego Stawu odznacza się niezwykłą akustycznością mogącą współzawodniczyć z akustyką niejednej sali koncertowej, dzień ten miałem wprost zepsuty.

Bo proszę pomyśleć: od rana cała kotlina zaczęła żyć, lecz nie swoim zamyślonym, sennym życiem pogodnego dnia górskiego, lecz rozpasanym gwarem ludzkiego mrowia. Okrzyki, nawoływania, śpiewy nie milkły ani na chwilę, a strzały rewolwerowe potrącały o ciemne ściany górskie; groźne echo, jakby pomruk zagniewanych olbrzymów tatrzańskich, odpowiadało przeciągle, głusząc na chwilę nieznośną wrzawę.”

Skąd my to znamy? No, może poza tym hukiem z rewolwerów…

Druga opowieść, która mnie zaskoczyła to opis wędrówki na Ostry Szczyt (Śpiczasty, takiej nazwy używa Karłowicz) i nocleg w szałasie, znajdującym się jakieś kilkaset metrów od koczowiska niedźwiedzia brunatnego. Szczęśliwie zapobiegliwi mieszkańcy wioski wcześniej dostarczyli misiowi aprowizację w postaci biednych, starych szkapin wyprowadzonych bestii na pożarcie. Od razu przypominała mi się historia, gdy dostałam w Tatrach mandat – uwaga, uwaga!!! – „za płoszenie niedźwiedzia brunatnego w jego ostoi”. A było to późnym, sierpniowym popołudniem, gdy po sforsowaniu Zawratu, przebiegnięciu przez Dol. Pięciu Stawów Polskich i dotarciu już na czworakach do schroniska w Starej Roztoce, ruszyliśmy leśną ścieżką w kierunku parkingu na Palenicy. Tą ścieżynką, którą chodzą tubylcy i którą dowozi się aprowizację do schroniska. Przy wejściu na parking czekał już na nas patrol złożony ze strażnika miejskiego i parkowego. I tam właśnie dowiedziałam się, że wędrując cudną, leśną ścieżką, ale jednak „poza szlakiem” płoszyłam niedźwiedzia brunatnego w jego ostoi. Mandat połechtał moją próżność, bo jakoś nie wyobrażam sobie, żebym miała tyle animuszu, żeby płoszyć niedźwiedzia… Był też tak niedorzeczny, że odezwały się Niebiosa grzmotem z jasnego nieba, a więc hukiem błyskawicy na nieomal bezchmurnym nieboskłonie.

Moja trzecia rekomendacja to – ni mniej, ni więcej - jak „Na przełęczy. Wrażenia i obrazy z Tatr” Stanisława Witkiewicza. Chodzi mi o reprint pierwszego wydania (1891 r.), który ukazał się w 2021 r. Książka została wydrukowana na pięknym papierze, zawiera ilustracje autora i pachnie. Język jest archaiczny, więc opowieść czyta się z niejakim trudem. Może dlatego nie miałam natchnienia, żeby się z nią wcześniej zmierzyć, ale w chwili obecnej czytanie o realiach pobytu w Tatrach w końcu XIX w. sprawia mi frajdę. Już sam opis wyjazdu z Krakowa pociągiem, a potem długa podróż góralską bryczką do wynajętej kwatery jest zaskakujący i ciekawy. Na pewno nie jest to łatwa lektura (język!), ale polecam! Zwłaszcza Tatro-maniakom, którzy chodząc po górach zastanawiają się, kto zbudował chroniące przed deszczem szałasy, wyznaczył i uformował szlaki, wbił pierwsze klamry w ściany, wykuł stopnie w litej skale, czyli jak to się wszystko zaczęło…

Fragmencik dla śmiechu:

„Wśród zupełnej pustyni, zawalonej okruchami gór, gdzie czarne krzaki kosodrzewiny wyginają swoje karłowate konary, gdzie świerk już nie śmie rosnąć, podróżny zaskoczony burzą znajduje dach, ognisko i przytułek. Schodząc zrębami ścian granitowych, jeśli masz gdzie nogę postawić, to dlatego, że jakiś delegat Towarzystwa tatrzańskiego wyżłobił ten gzemsik ledwo dostrzegalny jak ślad małego robaka na gliniastem urwisku; gdzieindziej znowu wisząc w powietrzu nad przepaścią, dziękuj temuż Towarzystwu tatrzańskiemu za parę klamer żelaznych, wbitych w gładką ścianę, za które  możesz się uczepić. Jeżeli z labiryntu dróg błędnych, wśród lasów zawalonych głazami, podciekłych strumieniami, wyprowadzą cię czerwone szlaki na korze świerków, na występach skalnych, to wiedz, że tędy przechodził pan Walery Eliasz (Radzikowski) i jak wróżka z bajki stawiał drogowskazy dla zbłąkanych dzieci”.

Ogromnym walorem są przepiękne drzeworyty autora. Stanowią niesamowite uzupełnienie tekstu.

I tym sposobem dobrnęłam do końca opowieści. Powoli stopił się lód na moich leśnych ścieżkach. Wreszcie można śmigać na rowerze i czuć we włosach pęd wiatru… No, powiedzmy! Góry zaś sobie stoją jak stały, od wieków zachwycają swoim urokiem i tylko my bezpowrotnie przemijamy… Szczęśliwie powstało o nich sporo opowieści, którymi możemy się cieszyć. 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Prześwity - Wiersze. 2. Z zamkniętymi oczami idę przed siebie...

Z zamkniętymi oczami idę przed siebie

Z półki leśnej Bibliotekarki - 34. „Demon Copperhead” Barbary Kingsolver i inne...

„Demon Copperhead” Barbary Kingsolver, „Wszystko za życie” i pozostałe książki Joe Krakauera oraz najnowszy kryminał Sławka Gortycha, czyli „Schronisko, które zostało zapomniane”.

Z półki leśnej Bibliotekarki - 32. - Trylogia Sławka Gortycha i inne...

Trylogia Sławka Gortycha, „Wegetarianka” Han Kang, „Jadąc do Babadag” Andrzeja Stasiuka i… „Człowiek, który bał się żyć” Miquela Angela Montero.