Z półki leśnej Bibliotekarki - 37. Raki i raczki, czyli refleksje na temat książek przeczytanych tuż przed Międzynarodowym Dniem Walki z Rakiem - Milena Ziemba „Nie mam czasu na raka. Jestem zajęta życiem”, Georgi Gospodinow „Śmierć i ogrodnik” oraz… „Poniemieckie” Karoliny Kuszyk.
Raki i raczki, czyli refleksje na temat książek
przeczytanych tuż przed Międzynarodowym Dniem Walki z Rakiem - Milena Ziemba
„Nie mam czasu na raka. Jestem zajęta życiem”, Georgi Gospodinow „Śmierć i
ogrodnik” oraz… „Poniemieckie” Karoliny Kuszyk.
Może zainwestuję w farby akrylowe lub koraliki
na łapacze chmur jak autorka i jednocześnie bohaterka przeczytanej przeze mnie
ostatnio książki? Bez względu na sytuację życiową zawsze warto być kreatywnym.
Czy pisanie należy do zajęć twórczych? Ależ mam dzisiaj sporo pytań!
Uwaga, książka, o której wspomniałam, nosi
tytuł: „Nie mam czasu na raka. Jestem zajęta życiem”, a autorką jest Milena
Ziemba.
Doświadczenie choroby nowotworowej dotyczy
wielu z nas. Gdzieś, kiedyś przeczytałam, że statystycznie jedna na cztery
osoby chorowała, choruje lub zachoruje na raka. Nie brzmi to optymistycznie i
świadczy o skali problemu. W 2000 r. ustanowiono nawet Międzynarodowy Dzień
Walki z Rakiem, który przypada 4 lutego. Ma on na celu zwiększenie świadomości
społecznej w tej dziedzinie. Chodzi nie tylko o zdanie sobie sprawy z realnego
zagrożenia, ale także o wdrożenie działań prewencyjnych (profilaktyka) oraz
oswojenie z tematem, który czasami traktujemy jak tabu. W związku z powyższym w
naszej bibliotece odbędzie się spotkanie z Mileną Ziembą, która opisała swoje
doświadczenie choroby nowotworowej i podzieliła się nim na kartach książki.
A teraz kilka refleksji, które zrodziły się we
mnie po przeczytaniu wspomnianej lektury. Książka składa się jakby z dwóch
części. Pierwsza to szczegółowa relacja z placu boju, czyli opis procedur
medycznych i psychicznego udręczenia związanego z leczeniem nowotworu piersi.
Najpierw jednej, a po dwóch latach kolejnej. W sytuacji granicznej, w jakiej
znalazła się pani Milena, ważne jest wsparcie bliskich osób. Okazało się, że w
rodzinie autorki relacje są dość zawiłe, atmosfera trudna i to wsparcie nie do
końca wyglądało tak, jak powinno, o czym świadczy powtarzane jak mantra zdanie:
„w tamtej chwili chciałam, żeby mnie ktoś przytulił”. Sporo dowiadujemy się o
relacjach z mamą, braku kontaktu z ojcem, a także poznajemy inne osoby, które
towarzyszyły pani Milenie w tych trudnych chwilach. Druga część książki to
jakby prezentacja nowej siebie po terapii. Chorzy onkologicznie, ale przecież
nie tylko oni, często korzystają z pomocy psychologicznej. Pani Milena dzięki
wsparciu psychoonkologa nie tylko lepiej poradziła sobie z chorobą, ale przede
wszystkim z większą miłością i wyrozumiałością spojrzała na samą siebie i
zrozumiała, że tak naprawdę samoakceptacja jest kluczem do szczęścia nie tylko
w chorobie, ale też w zdrowiu.
Zastanawiam się, czy książka może pomóc innym chorym lub osobom towarzyszącym w chorobie. To chyba zależy, kto i czego oczekuje. Być może świadomość, że to, co nas spotyka nie jest doświadczeniem jednostkowym, bo mierzy się z nim wielu ludzi, doda komuś otuchy. Z drugiej strony szczegółowe opisy operacji, powikłań, chorób towarzyszących, uchybień w niesieniu pomocy medycznej może przytłoczyć i skutek będzie zupełnie odwrotny. Na pewno warto rozmawiać o sprawach trudnych. Książka Mileny Ziemby do tego prowokuje. Tylko nie jestem przekonana, czy ją polecać… Może, jeśli ktoś nie musi, nie czuje takiej potrzeby, a temat jest mu obcy, lepiej niech do niej nie zagląda?
Kolejna książka, no trudno, przepraszam, ale
też dotyczy choroby nowotworowej. Przynajmniej raz tematycznie wpisuję się w
kalendarz wydarzeń bibliotecznych, zainspirowanych Międzynarodowym Dniem Walki
z Rakiem. Tym razem to relacja syna, który towarzyszy ojcu na ostatnim zakręcie
życia. Georgi Gospodinow, bułgarski poeta i pisarz, na kartach książki pt.
„Ogrodnik i śmierć” podzielił się swoimi metafizycznymi refleksjami na temat
życia i umierania. Pełna czułości opowieść, została napisana z perspektywy
osoby bliskiej, wspierającej i świadomej, że zbliża się nieuchronne. Posłużę
się tutaj słowami Olgi Tokarczuk, bo nawet gdybym się mocno starała, to nie
przewyższę piórem i intelektem naszej noblistki: „Ta książka to swoiste
literackie epitafium dla ojca autora. Georgij Gospodinow z fragmentów wspomnień
tworzy przejmująco czuły portret dwudziestowiecznego „zwykłego człowieka”,
osadzając ojcowsko-synowską relację w zaskakujących kontekstach”.
Mnie w tej książce zaintrygował motyw ogrodu.
Pewna bliska mi osoba tworzy podobną przestrzeń pełną hiacyntów, bratków i
holenderskich tulipanów, słodkich truskawek, krzaczków malin, dojrzałych
pomidorów, owocujących śliw itp. itd. Nawet wiedziona pierwszym odruchem
zamówiłam „Ogrodnika i śmierć” w księgarni internetowej, bo sobie pomyślałam,
że to będzie doskonały dla niej prezent. W miarę czytania mój zachwyt nad pisarstwem
G. Gospodinowa rósł, jednak potrzeba obdarowania kogokolwiek tą książką chyba
trochę zmalała, bo nie wiem, czy motyw śmierci i wszystko, co się z nim wiąże
będzie dla kogokolwiek atrakcyjny. Choć paradoksalnie mam wrażenie, że opisując
odchodzenie, autor tworzy głęboką i mądrą przypowieść o urodzie życia.
Przytoczę fragmencik, bo w końcu wszyscy
jedziemy na tym samym wózku „stąd do wieczności”: „Człowiek w głowie grzebie
swoich rodziców wielokrotnie. Lęk, że kiedyś umrą jest pewnie jednym z
najwcześniejszych lęków. Jako dziecko wstawałem w nocy, żeby sprawdzić, czy
moja mama oddycha, wspominał pewien przyjaciel. Jedyny lęk dziecka dotyczy
tych, bez których zostanie samo. Lęk o nich, czy raczej o siebie? Nie jestem
pewien czy ten dylemat w ogóle istnieje. To jeden i ten sam lęk.”
Teraz nastąpi oczekiwana chwila wytchnienia i
polecę już zupełnie inną opowieść. Podczas wakacji odwiedzili nas przyjaciele z
Dolnego Śląska. Zwróciłam uwagę, a jakże – na książkę, która przybyła wraz z
nimi. Szczęśliwie „Poniemieckie” Karoliny Kuszyk znajduje się w zasobach
biblioteki UKW, więc mogłam zaspokoić palącą mnie ciekawość. Autorka jest
filologiem polskim i germanistką, a książkę wydało Stasiukowe wydawnictwo
Czarne. Polecam ją wszystkim, którzy uwielbiają chodzić z plecakiem po górach,
zwłaszcza tych „poniemieckich”, a także interesują się powojenną historią
regionu dolnośląskiego, czyli Ziem Odzyskanych, czasami nazywanych Wyzyskanymi.
Temat zaintrygował mnie podczas jednej z górskich wypraw, gdy założyliśmy bazę
w Szklarskiej Porębie, a konkretnie w Starej Piekarni. Z okien naszego pokoju
widać było stary, zdewastowany poniemiecki cmentarz. Oczywiście nie omieszkałam
przyjrzeć mu się z bliska, a oglądając zamarłam. Wrażenie było porażające, bo
zewsząd straszyły śmieci, chwasty, miejsca po wyrwanych płytach i na pół
otwarte grobowce mistrzów szklarstwa i innych mieszkańców tej sudeckiej krainy.
Książka rekonstruuje wydarzenia powojenne, w tym wielką wędrówkę ludów.
Ucieczkę Niemców i zalew przybyszów zza Buga, którzy niepewni swojej
przyszłości na wszelki wypadek woleli nie wkładać serca w pracę na roli i
zajmowanie się poniemieckimi gospodarstwami. Stąd tak wiele zrujnowanych domów,
budynków gospodarczych, a już o zabytkach nie wspomnę.
Fragment na zachętę; „W czasach, gdy słowo
„niemiec” pisano małą literą, a ulice, place, fasady i świątynie polonizowano
młotkiem i pędzlem, niszczenie niemieckich książek, pomników, wyrytych w
kamieniu napisów lub tablic, było nie tylko wyrazem postawy patriotycznej –
było odwetem za to, jak poczynali sobie w Polsce niemieccy okupanci, niszcząc,
grabiąc i wywożąc zabytki kultury polskiej i przejmując mienie ludności
cywilnej”. (…)
„Wysiedlani Niemcy zostawiali nie tylko swoje
domy, budynki użyteczności publicznej, gospodarstwa, maszyny, książki, sprzęty
domowe, zwierzęta, weki, zabawki, ubrania. Zostawili też swoich zmarłych. Jeśli
to prawda, że nic nie wiąże z ziemią silniej niż fakt, że spoczywają w niej
nasi bliscy, to obecność obcych grobów była niczym niepożądany zgrzyt w
lansowanej przez władze pieśni o powrocie na swoje prawowitych gospodarzy.
„Jeśli teraźniejszość jest polska, jeśli przyszłość będzie polska, to
przeszłość pruska musi ustąpić przeszłości polskiej” – postulował w sierpniu
1945 roku „Dziennik Zachodni”. Książka jest niezwykle ciekawa, pisana potoczyście,
wzbogacona o sporą bibliografię i odwołująca się do bogatej literatury
przedmiotu.
Podobno Olga Tokarczuk, która posiada dom w
Kotlinie Kłodzkiej, pisze powieść na ten sam temat. Jestem jej niezwykle
ciekawa i już nie mogę się doczekać!
Co słychać w lesie? Chyba to samo, co w
mieście, ale na większą skalę. W lesie – krótko mówiąc – szklanka. Wszystkie
drogi przypominają zamarznięte rzeki. Chodzenie jest możliwe tylko w raczkach.
Szczęśliwie dostałam takie w prezencie gwiazdkowym, więc mogę spokojnie
wędrować. Tylko chrobot raczków na szklanej drodze jest tak głośny, że płoszy
sarny. Miejmy nadzieję, że to się wkrótce zmieni…
.png)
.jpeg)



.jpeg)
Komentarze
Prześlij komentarz