Z półki leśnej Bibliotekarki - 39. Co myślą lekarze i gdzie przebiega granica między fikcją literacką a prawdą, czyli „Ostatnie stadium” Niny Lykke i „Korowód” Jakuba Małeckiego
Co myślą lekarze i gdzie przebiega granica między fikcją literacką a prawdą, czyli „Ostatnie stadium” Niny Lykke i „Korowód” Jakuba Małeckiego
Co dzieje się w głowie lekarza, gdy bada pacjenta? Uruchamia się diagnostyczny turbo- komputerek i medyczny skaner, które mają nas przywrócić do formy? Czy może jesteśmy (my, pacjenci) prawie niewidzialni, nudni, powtarzalni, męczący i zawracający gitarę dolegliwościami, z którymi sami, przy odrobinie dobrej woli, powinniśmy sobie poradzić? Ilu lekarzy (i pacjentów), tyle sytuacji, ale chyba trudno po latach pracy w przychodni nie wpaść w rutynę i czasami nie czuć się znużonym. Jak główna bohaterka książki „Ostatnie stadium” Niny Lykke. Ostatnio miałam kontakt ze służbą zdrowia, więc te refleksje i książka, którą gorąco polecam, są świeżutkie niczym ciepłe bułeczki z piekarni Staropolskiej w sobotni poranek. Ale po kolei.
Cóż takiego mi się przytrafiło? Otóż zderzenie ze szklaną ścianą w Superpharmie. Od razu przypomniał mi się Stefan Żeromski i jego utopijna wizja szklanych domów, która boleśnie mi się urealniła… I sprawiła, że ujrzałam wszystkie gwiazdy, wirujące radośnie nad moją biedną głową, a galeria handlowa zadrżała w posadach. Dobrze, że się nie zawaliła…
Taranowanie szklanej ściany, o której myślałam, że jest wejściem do apteki musiało wyglądać groźnie, bo gdy tylko ocknęłam się i wróciła mi świadomość, gdzie jestem i co się wydarzyło, ujrzałam nieszczęsną młodą ekspedientkę, która biegła w moim kierunku pytając, w czym może mi pomóc, w duchu zaklinając wszystkie dobre moce, żeby w niczym. Podziękowałam grzecznie upewniając się jednak, że nie ma w kieszeni dżinsów lodowego kompresu na moje biedne strzaskane czoło. Nie miała.
Taka na pół przytomna, lekko oszołomiona i na chwiejnych nogach dotarłam na parking, gdzie stacjonował mój wierny rumak, a także kask rowerowy w koszyku na kierownicy. Mój Boże, dlaczego nie weszłam do sklepu w kasku? Powoli ruszyłam w stronę domu. Wyjeżdżając z galerii schyliłam głowę pod szlabanem, co samo w sobie rokowało pomyślnie, bo w tym stanie spokojnie mogłam huknąć głową po raz kolejny… Po powrocie do domu od razu pobiegłam do lustra, żeby zobaczyć czy mam już granatową śliwkę na łuku brwiowym, czy dopiero się wybija. Oniemiałam z wrażenia, bo na czole nie miałam żadnej śliwki, za to zalewały mi się na czerwono okolice wokół oka. Był to widok zaskakujący. Wygrzebałam lód i przyłożyłam, mając przeczucie, że to wszystko daremny trud… Zaczynałam wyglądać jak Rocky Balboa po zejściu z ringu.
W niedzielę limo powiększyło się, a pulsująca czerwień dalej wylewała się dookoła oka. W poniedziałek wszystko przybrało kolor intensywnej purpury. We wtorek spurpurowiała mi także powieka, a łuk brwiowy ślicznie się zażółcił. Zawsze intrygują mnie procesy, które zachodzą w ludzkim ciele… Wyglądało to jednak na tyle niepokojąco, głównie dla otoczenia, że pobiegłam do przychodni. Lekarz zmierzył mnie badawczym spojrzeniem, a następnie wypytał o szczegóły zdarzenia. Co sobie myślał? Zapewne - szczęśliwie dla mnie – nie wiem. Wyszłam z poleceniem udania się na pobliski SOR, bo wylew dookoła oka wydawał mu się podejrzany. Na SORze wiadomo, bezustannie płynęła rzeka ludzi, a lekarze uwijali się jak w ukropie. Powietrze aż furczało, w rejestracji dymiły komputery, a obsługujące je panie rejestratorki, dwoiły się i troiły. Połowa pacjentów wyglądała jak gdyby nigdy nic, cześć była widocznie uszkodzona, zaś my, czekający na spotkanie z lekarzem okulistą, trochę wybijaliśmy się z tłumu. Pan z opiłkiem w oku i ja z limem. Wreszcie zostaliśmy zbadani, diagnozowani i zaopatrzeni w cenne porady medyczne, dzięki którym mogliśmy wrócić do świata ludzi zdrowych. Z ulgą opuszczałam SOR. Na zewnątrz panowała już noc, niebo usiane było gwiazdami, a mknąc przez las czułam w powietrzu łagodny zapach wiosny. Myślę sobie, że na takim SORze lekarze nie mają zbyt wiele czasu, żeby długo zaprzątać sobie głowę każdym pacjentem, więc specjalnie ich nie dotyczy fragment „Ostatniego stadium”, który przytoczę. Fragment dotyczy pacjenta, który przychodzi na wizytę do lekarza rodzinnego „ma 60 lat i waży 160 kilo, a chwilę po jego wejściu śmierdzi już cały gabinet nikotyną i alkoholem przetrawionym przez ludzkie ciało. Facet ledwie chodzi bez pomocy i zwala się na krzesło z nieprzyjemnym stęknięciem. Domaga się leków przeciwbólowych, rezonansu, EKG, rentega, operacji, ma sto dolegliwości, na które przyjmuje tysiąc leków powodujących milion skutków ubocznych, które z kolei zwalcza miliardem nowych leków”. I oto cenne porady:
Porada nr 1.
Porada nr 2.
Porada nr 3.
Zupełnie innego typu refleksji dostarczył mi „Korowód” Jakuba Małeckiego. Składa się na niego kilka opowieści. Każda toczy się w innym czasie i miejscu, a jednak wszystkie się ze sobą splatają. Mnie zaintrygował fragment o tym, jak to się stało, że główny bohater ostatniej opowieści został pisarzem. Czy odnosi się do biografii autora czy to fikcja literacka? Pisarze potrafią wodzić nas za nos, a my nigdy do końca nie będziemy w stanie odróżnić gdzie przebiega granica między światem wyobrażonym a rzeczywistym. I to jest piękne!
Fragmencik na zachętę:
„Później często wchodziłem do Księgarni Powszechnej przy rynku i patrzyłem na grzbiet swojej powieści stojącej pośród innych tytułów. Wkrótce dołączyła do niej druga, a potem kolejne. Czułem się – i do dziś tak się czuję – oszustem w tym świecie. Mam wrażenie, że za chwilę ktoś zorientuje się, że ja to ja, że nie pasuję do tego, co przydarza mi się w życiu, i że zostanie mi to odebrane”.
A teraz – hop, do lasu, na chwilkę. Obudziły się już mrówki, motyle, trzmiele i ropuszki. Te ostatnie wypełzły wczoraj i spacerowały po chodniku. Ponieważ wychodzą ze swoich jamek najczęściej po zachodzie słońca, muszę zakładać na głowę czołówkę, gdy przyjdzie mi ochota na wieczorny spacer. Sęk, mój stareńki gończy polski chyba odzyskał wigor po zimowej zapaści i powoli odbudowuje się kondycyjnie. Szczęśliwie już coraz mniej utyka na tylną łapkę, więc aktywowaliśmy spacery. Na razie jeszcze niezbyt dalekie, ale zawsze. Po Sęku, a jakże, przecież nie po mnie, widać upływ czasu. Jeszcze nie tak dawno pisałam, jak to wyrywa mi rękę ze stawów, gdy próbuję prowadzić go na smyczy, a obecnie wędruje obok mnie i nie oddala się ani na krok, jakby bał się, że zniknę mu z pola widzenia i świat się skończy. Ten sam pies, który jeszcze nie tak dawno puszczony luzem galopował jak dziki i tylko mu uszy powiewały na wietrze, a czarna sylwetka migała między drzewami. Z ciekawostek przyrodniczych nadmienię, że widziałam ostatnio dzięcioła zielonego oraz kwitnące krzewy wawrzynka wilczełyko oraz całe polany dzikich przebiśniegów.
.png)


Komentarze
Prześlij komentarz