Przejdź do głównej zawartości

Z półki lesnej Bibliotekarki - 41. „Święto Karkonoszy” - nowa powieść Sławka Gortycha

 

„Święto Karkonoszy” - nowa powieść Sławka Gortycha

Na tę powieść Sławka Gortycha czekałam z utęsknieniem, choć pisać jedną książkę w roku, to nie w kij dmuchnął. Przy okazji sprawdziłam o co chodzi z tym w kij dmuchaniem. Za czasów szlacheckich kij, to był kieliszek bez nóżki, długi i wąski, którego nie można było odstawić przed wypiciem zawartości. Wypić kij bez dmuchnięcia oznaczało opróżnić kielich duszkiem. Zważywszy na moc trunku, było to sporym wyzwaniem. Nie powiem, że chwalebnym, bo dla niektórych większym jest w kij niedmuchanie, ale zawsze to jakiś wyczyn. Teraz przynajmniej wiadomo, skąd się wzięło powiedzonko. 

Myślę, że często z niecierpliwością wypatrujemy książek ulubionych pisarzy. Sprawdzamy strony internetowe księgarń, szperamy w sieci, a nuż to już?  Jesienią zazwyczaj ukazuje się nowy kryminał Sharon Bolton. Długo czekałam na trzeci tom „Agli” Radka Raka, wypatruję też najnowszych opowieści Andrzeja Stasiuka, śledzę Valerie Perrin, Ninę Lykke, Jakuba Małeckiego i in. … Olga Tokarczuk zapowiedziała swoją ostatnią książkę, bo „przechodzi na emeryturę”. Czy to w ogóle możliwe w przypadku pisarza? W jednym z wywiadów wyznała, że pisanie jest czynnością wyczerpującą nie tylko psychicznie, ale głównie fizycznie, bo wymaga długotrwałego ślęczenia przy komputerze, a taki bezruch, choć twórczy, zdrowy raczej nie jest. Szkoda, ale może to tylko taka deklaracja bez pokrycia? Miejmy nadzieję, że prawdziwy pisarz musi „wypisać z siebie” opowieści, nawet jeśli deklaruje, że więcej tego nie zrobi! Zobaczymy. Wiesław Myśliwski także zapowiadał onegdaj zakończenie działalności pisarskiej „Ostatnim rozdaniem”, a potem niespodziewanie powołał do życia „Ucho igielne”. Książkę o pamięci. Przynajmniej ja tak o niej myślę. Jak widać w literaturze, podobnie jak w życiu, wszystko się może wydarzyć.

Sławek Gortych, o którym pisałam na blogu niejednokrotnie, raz w roku rozpieszcza swoich fanów kolejną powieścią. Jak dotąd wszystkie, a ukazało się ich pięć, trafiają do serc czytelników i … Wędrują wraz z nimi po Karkonoszach!

Niejednokrotnie miałam okazję na własne oczy przekonać się, jak literatura i życie przenikają się wzajemnie. W czerwcu spędziliśmy parę dni w Jagniątkowie. Wszyscy, którym proza Sławka Gortycha jest bliska, doskonale wiedzą, że tam właśnie znajduje się słynne Muzeum Miejskie Dom Gerharda Hauptmanna. Co prawda nie ma sensu wypatrywać w nim kustosza Jacka Węglorza, bo to postać wymyślona przez autora, ale i tak nie sposób przejść obok tego miejsca obojętnie.

Akcja pierwszej powieści, ale także kolejnych, w tym najnowszej (!) prowadzi czytelników do fikcyjnego schroniska Nad Śnieżnymi Kotłami. Pod koniec XIX w. rzeczywiście pobudowano w tym miejscu ogromny hotel górski, z sygnalizacją świetlną na wysokiej wieży widokowej, która wskazywała po zmroku drogę wędrowcom i informowała o ilości wolnych miejsc! Z uwagi na intrygującą historię i ciekawą architekturę budynku,  postanowiłam tak ułożyć trasę, żeby tam trafić.

W piękny, słoneczny poranek wrzuciliśmy nasze poczciwe plecaczki na ramiona i ruszyliśmy w drogę. Minęliśmy schronisko na Hali Szrenickiej, które także przewija się w książkach Gortycha i smagani podmuchami lodowatego wiatru wędrowaliśmy grzbietem Karkonoszy podziwiając widoki. Śnieżne Kotły były takie, jak je sobie wyobraziłam. Szkoda tylko, że nie można wejść do środka, bo pełnią rolę „stacji przekaźnikowej”, cokolwiek to oznacza. Tuż przy budynku, którego bryły nie sposób pomylić z żadnym innym i który widoczny jest z dołu, m. in. ze Szklarskiej Poręby, ale także z Gór Izerskich, znajdują się prawdziwe Śnieżne Kotły, czyli formacje skalne tzw. cyrki lodowcowe przypominające dwa amfiteatry. Wyglądają niesamowicie, choć groźnie, a z punktu widokowego nad nimi, roztacza się piękna panorama na całą Kotlinę Jeleniogórską. Podobno, przy dobrej widoczności, widać stamtąd także Ślężę pod Wrocławiem. Przy budynku stacji przekaźnikowej znajdują się skałki, obok ławeczki i jest to punkt, gdzie najczęściej turyści robią sobie przerwę w wędrówce, wcinają kanapki i dzielą ze sobą wrażeniami.  Także z przeczytanych lektur. Okazało się, że nie ja jedna gnałam po Śląskim Grzbiecie wypatrując miejsc znanych z serii kryminalnej Sławka Gortycha. Takich wędrowców było tego dnia kilkoro, co napawa mnie wielkim optymizmem, radością i nadzieją, że pomimo intensywnego rozwoju nowych technologii, potrzeba czytania w ludziach nie zniknie!

Tego dnia zawędrowaliśmy w Okolice Wielkiego Szyszaka, a potem dość wyboistym szlakiem do schroniska Pod Łabskim Szczytem. Ależ tam mają wyborne naleśniki z jabłkami! Gorąco polecam!!!

Następnego dnia pojechaliśmy w Izery. Może te łagodne i malownicze góry nie pojawiają się w książkach Sławka Gortycha, ale wspomnę o nich krótko ze względu na… Niekoniecznie walory przyrodnicze czy literackie, ale przede wszystkim niesamowity, puszysty naleśnik z jagodami i śmietanką w schronisku - Chatka Górzystów na Hali Izerskiej! Oprócz naleśnika moją uwagę przykuły ogromne regały z książkami! Byłam pod wrażeniem gabarytu tej górskiej przystani książkowej. Podróże kształcą, nie ma co. 

Ostatniego dnia postanowiliśmy zajrzeć do najchętniej odwiedzanej przez turystów części Gór Olbrzymich, a mianowicie okolic Kotłów Małego i Wielkiego Stawu. Tym razem wjechaliśmy kolejką do Domu Śląskiego. Na czteroosobowej kanapce siedzieliśmy wraz z parą, która, podobnie jak my, zafascynowana była książkami Sławka Gortycha. Chciałoby się rzec: gdzie się nie obejrzysz – Gortych! Myślę sobie, że pisarz powinien dostać jakiś medal za popularyzację tego regionu Dolnego Śląska, choć z drugiej strony… Im ciekawsza i skuteczniejsza popularyzacja, tym więcej turystów na szlaku. Jak to w życiu bywa, wszystko ma swoje dobre i złe strony.

Wędrowaliśmy szlakiem przez Biały Jar, tam, gdzie w 1968 r. zeszła lawina, o której opowiada… Wiadomo, jedna z książek Sławka Gortycha. Wpadliśmy do Strzechy Akademickiej i od razu przypomniało mi się motto „Schroniska, które spowijał mrok”, a mianowicie: „Wszystko co się dzieje w Strzesze, zostaje w Strzesze”.

No i tyle wakacyjnych opowieści o wędrowaniu, teraz będzie o polecanej książce.

„Święto Karkonoszy”, bo o nim mowa, ukazało się szczęśliwie w połowie maja (zdążyliśmy przeczytać przed wyprawą!) i   nawiązuje do obchodów 900-lecia powstania Jeleniej Góry, które miały miejsce w 2008 r. Oczywiście, podobnie jak w pozostałych powieściach, akcja toczy się dwutorowo. W 1948, gdy Ziemie Odzyskane zalewane były przesiedleńcami z Kresów Wschodnich, a ludność niemiecka wysiedlana była na zachód i współcześnie, gdy trzech przyjaciół bierze udział w pieszym rajdzie będącym częścią obchodów jubileuszu miasta. Podobnie, jak w pozostałych powieściach, w książce znajduje się wiele odniesień do trudnej historii regionu jeleniogórskiego, ale jest także sporo opisów przyrody i – oczywiście – wartka fabuła kryminalna. Akcji nie będę streszczać, tylko napomknę, że zaskoczona przez nagłe załamanie pogody i noc, zbłąkana drużyna harcerzy, znalazła schronienie w Śnieżnych Kotłach. Oczywiście chodzi o budynek, a nie formację skalną… W 1948 r. jest on zrujnowany, okna straszą wybitymi szybami, gdzieniegdzie trzaskają niedomknięte drzwi, drewniane schody na wyższe kondygnacje są częściowo zarwane. Wszystko w środku wygląda upiornie, ale warunki pogodowe zmuszają młodych wędrowców do spędzenia nocy w tym przerażającym miejscu. Na zewnątrz panuje gęsty mrok, rozjaśniany jedynie światłem błyskawic, wyje wicher i zacina lodowaty deszcz. A tymczasem w wieży…


Zachęcam do lektury i życzę miłych wakacyjnych wędrówek, także szlakami Gór Olbrzymich.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Z półki leśnej Bibliotekarki - 34. „Demon Copperhead” Barbary Kingsolver i inne...

„Demon Copperhead” Barbary Kingsolver, „Wszystko za życie” i pozostałe książki Joe Krakauera oraz najnowszy kryminał Sławka Gortycha, czyli „Schronisko, które zostało zapomniane”.

Z półki leśnej Bibliotekarki - 37. Raki i raczki, czyli refleksje na temat książek przeczytanych tuż przed Międzynarodowym Dniem Walki z Rakiem - Milena Ziemba „Nie mam czasu na raka. Jestem zajęta życiem”, Georgi Gospodinow „Śmierć i ogrodnik” oraz… „Poniemieckie” Karoliny Kuszyk.

  Raki i raczki, czyli refleksje na temat książek przeczytanych tuż przed Międzynarodowym Dniem Walki z Rakiem - Milena Ziemba „Nie mam czasu na raka. Jestem zajęta życiem”, Georgi Gospodinow „Śmierć i ogrodnik” oraz… „Poniemieckie” Karoliny Kuszyk.

Prześwity - Wiersze. 19. Tłumacz

  Tłumacz   Gdybym mógł tylko wytłumaczyć co robię co Inny powiedział dosłownie powtarzam tylko słowo po słowie co napisał by więcej nie mówić W mojej wierności jest skaza jednak mój język zasłonięty oplata za mocno co względem innego światła jest swobodne jednak by zrozumieć trzeba więcej   ja tylko tłumaczę co było powiedziane mnie tylko przyrzeka jeden głos: przekaż dalej