Przejdź do głównej zawartości

Z półki leśnej Bibliotekarki - 43. „Gołoborze” Macieja Siembiedy, „Franciszek Pieczka” Katarzyny Stoparczyk i „To, o czym nie mówimy” Elizabeth Strout...

 

„Gołoborze” Macieja Siembiedy, „Franciszek Pieczka” Katarzyny Stoparczyk i „To, o czym nie mówimy” Elizabeth Strout, a także o jesieni, rydzach i halucynacjach sztucznej inteligencji.

     Las mieni się złociście niczym brylanty w sklepie jubilerskim. Nie mogę wyjść z zachwytu nad jego pięknem i jesienną urodą świata. Szczęśliwie mam całkiem dobry aparat w telefonie komórkowym, więc namiętnie fotografuję podświetlone jesiennym światłem klony, dorodne owoce czeremchy (w tym roku wyjątkowo soczyste i słodkie), dębiny i przebarwiające się liście buków. A także czerwone muchomory z białymi kropeczkami, napęczniałe wilgocią poduchy z mchu i paproci oraz niebo, którego błękit stanowi doskonałe tło tego niezwykłego misterium. Wędrujemy z Sękiem lekko unosząc się nad ziemią, jak liście, które łagodnie kołyszą się w przestrzeni opadając na ziemię. Myślę sobie, że dużą rolę w całej tej przemianie  odgrywa światło, o którym wspominał kiedyś malarz Mieczysław Ziomek, podczas wernisażu w naszej bibliotece. Światło wydobywa barwy i podkreśla kształty. Ponoć najlepsze jest o poranku i wieczorem. Czyste, przejrzyste, ostre. 

 

Podczas naszej ostatniej wędrówki spotkaliśmy młodego koziołka. Wychylił łepek zza młodej sosny i obrzucił nas ciekawym spojrzeniem. Sęk nigdy nie gonił zwierzyny leśnej, więc i tym razem nie przejawił zainteresowania spotkanym kozłem. Popatrzyliśmy na siebie i poszliśmy każde w swoją stronę. My do leśniczówki, a koziołek odpłynął w głąb młodnika. 


Ciekawostką są rydze, które w tym roku, być może z okazji wilgotnego lata,  pojawiły się w naszym lesie. Odkąd mieszkam w leśniczówce nie spotkałam tu ani jednego rydza, aż tu nagle i niespodziewanie odnalazłam dwa stanowiska tych szlachetnych grzybów. Jedno na krzyżówce (mogę zdradzić, bo i tak nikt nie wie, o jakiej krzyżówce piszę), a drugie… I to miejsce zachowam dla siebie, bo jest dość charakterystyczne. Z rydzami wiąże się dość zabawna historia. Otóż przyniosłam do domu spory urobek i podzieliłam na dwie części. Pierwszą od razu wrzuciłam na patelnię i podsmażyłam na masełku i z cebulką. Mniam. Zanim jednak skosztowałam pierwszy kęs wybornej potrawy, wpadłam na arcygenialny pomysł, żeby zapytać sztuczną inteligencję, czy grzyby, które zamierzałam zjeść z apetytem, są prawdziwymi grzybami. Boże, co za porażka. Sztuczna inteligencja miała akurat halucynacje i oznajmiła, że zamierzam zjeść mleczaja wełniankę, dlatego wkrótce pożegnam się ze światem i czy ona może mi jeszcze jakoś pomóc np. w organizacji pogrzebu. Widelec zamarł mi w drodze talerz – usta, potrawa wylądowała na kompostowniku. Pies miał uciechę, bo jemu nie przeszkadzała wełnianka w menu. Ja, stukając się w czoło, jeszcze raz sprawdziłam mojego rydza tym razem kierując się zdrowym rozsądkiem i wiarygodnymi źródłami informacji. Po chwili utwierdziłam się w przekonaniu, że wyrzuciłam potrawę upichconą na bazie najszlachetniejszego grzyba polskich pól, łąk i lasów. Szczęśliwie miałam jeszcze zbiór na drugą porcję… Tak więc sztuczna inteligencja, z wrodzonym sobie wdziękiem i delikatnością, wyprowadziła mnie w pole. 


Jeszcze kilka słów o gęsiach. Przez ostatnie tygodnie często słyszeliśmy przelatujące gęsi. Chyba nie mają nerwów, żeby siedzieć u nas w listopadzie, gdy drzewa zgubią liście… To zapewne ostatnie takie kolorowe dni. Liście wkrótce spadną i las zszarzeje, a jego barwy wyblakną. Dlatego polecam kilka książek, na długie, jesienne wieczory.

Przenieśmy się więc na moją leśną półkę…

Niedawno usłyszałam, że jednym z popularniejszych polskich pisarzy jest obecnie Maciej Siembieda, rocznik 1961. Od niespełna 10 lat pisze cieszące się sporą popularnością i nominowane do wielu nagród kryminały. Wcześniej pracował jako dziennikarz, a jego ulubioną formą wypowiedzi literackiej był reportaż. Pomyślałam, że może przeczytałabym coś M. Siembiedy, ale moja leśna półka ugina się pod ciężarem książek, więc chwilowo nie będę na nią niczego dokładać. Jakież było moje zdumienie, gdy pierwsza książka, którą dostałam w prezencie, to było „Gołoborze” M. Siembiedy! Nie miałam wyboru i przeczytałam tę powieść poza kolejnością. Zaintrygowała mnie, bo jej akcja toczy się w górach, co prawda świętokrzyskich, ale zawsze. No, nie powiem… Mierzenie się z takim natłokiem zbrodni, nienawiści, zazdrości i zemsty było dla mnie sporym wyzwaniem. Sprawdzałam, czy na rękach nie mam krwi, która obfitym strumieniem wypływała z kart książki. Od razu widać, że autor fascynuje się historią i… Zbrodnią? Książka o przenoszonej z pokolenia na pokolenie nienawiści między zwaśnionymi rodami Kończaków i Cebrzynów zrobiła na mnie spore wrażenie. Akcja zaczyna się tuż po powstaniu styczniowym, a toczy się w Górach Świętokrzyskich, w małej wiosce Grabin, nieopodal Czarciej Polanki na której głaz przygniótł diabła, a wiedźmy od wieków zbierają magiczne zioła. Oczywiście koło północy i w świetle księżyca. I choć rzeczywiście „trup ściele się gęsto”, a zbrodnia goni zbrodnię, dużą wartością powieści jest jej klimat, świat wierzeń i legend, a także osadzenie akcji w realiach historycznych.

Niezwykle zaskoczyła mnie i ucieszyła książka Katarzyny Stoparczyk pt. „Franciszek Pieczka. Portret intymny”. Trafiła do naszej biblioteki jako dar z księgozbioru prof. Małgorzaty Kościelskiej. Przewertowałam ją i pomyślałam:  „A, zerknę sobie, co też czytała pani profesor…”  Franciszka Pieczkę zawsze lubiłam i poważałam, więc tym bardziej książka mnie zaintrygowała. Czyta się ją szybko, bo jest skondensowana w formie i treści. Nie to co rozbudowana, pełna szczegółów, szczególików, dywagacji i opinii krytyczno-literackich, a także przypisów bibliograficznych biografia Boya-Żeleńskiego, którą ostatnio polecałam na leśnym blogu.  Tutaj tekstu jest niedużo, ale w zupełności wystarczy, żeby stworzyć niezwykle sugestywny i pełny portret lubianego aktora. Książka zawiera też sporo fotografii przedstawiających głównego bohatera i jego bliskich.

Jakie są moje pierwsze refleksje, bo właśnie skończyłam? Jeszcze bardziej lubię Franciszka Pieczkę i postanowiłam po raz kolejny obejrzeć filmy z jego udziałem, zwłaszcza Jana Jakuba Kolskiego! Książka przywraca wiarę w ludzi, wycisza i przynosi spokój w naszym chaotycznym, rozedrganym świecie, gdzie każdy może podważyć wszystko i nic nie jest do końca pewne. Kilka cytatów na zachętę:

„Podążaj za marzeniami i zawsze najpierw słuchaj siebie. Nawet jeśli cały świat powie ci, że coś jest bez sensu, najpierw zapytaj o to siebie. Czy to rzeczywiście nie ma sensu? Czy jednak sens w tym dla ciebie jest”.

„ - Ja już jestem stary piernik i mogę sobie pogderać, ale wy, młodzi, lepiej ode mnie urządzicie ten świat”. Franciszkowi zależało na tym, żeby wnuki zapamiętały te słowa.

Wierzył w młodych i bardzo ich wspierał. Miał świadomość, że starsze pokolenia z góry patrzą na młodsze. On tego nie chciał. Zamiast krytykować wolał się z młodymi zaprzyjaźnić. - „Osiągniecie wszystko, co chcecie, zdobędziecie świat, tylko musicie wierzyć w marzenia i wytrwać”.

I na koniec słowa autorki: „Dla mnie praca nad tą książką to był uniwersytet życzliwości. Bo kiedy przypatrujesz się z bliska tak pięknemu życiu, to wiesz, że ono jest prawdziwe i możliwe. A to daje nadzieję, że choć w części może stać się udziałem każdego z nas”.

            Na mojej leśnej półce znalazła się także nowa powieść Elizabeth Strout pt. „To, o czym nie mówimy”.  Dzięki niej znowu poczułam się jak maleńki trybik w machinie ludzkości. Dzieje się tak wówczas, gdy bohaterowie lub narrator czytanej książki zastanawiają się nad tym, co również mnie nurtuje i gdy czuję, że moje losy splatają się z losami innych ludzi, tych, którzy dawno odeszli, tych, którzy są obok mnie i tych, którzy wkrótce się narodzą i będą odkrywać świat na nowo. Nasza droga łączy się z dziejami świata, jedziemy wszyscy dokładnie na tym samym wózku i mamy podobne dylematy, pytania i wątpliwości.  Czy powiedzieć coś, co mogłoby urazić, zaniepokoić lub zmartwić drugiego człowieka? Czy może lepiej zachować swoje przemyślenia dla siebie? W końcu nie jestem Duchem Świętym i nie wiem, a przynajmniej nie zawsze wiem, co kieruje motywami ludzkich wyborów i działań.  Czasami zdarza się tak, że każdy z nas postrzega świat inaczej i rozmowa, która mogłaby wszystko wyjaśnić i zbliżyć nas do siebie, jeszcze bardziej nas oddala. Z drugiej strony, chyba warto próbować, bo przecież o ile piękniej wędruje się przez życie, gdy można się nim dzielić z drugim człowiekiem.

            Bohaterem książki jest nauczyciel historii, który od czasu do czasu przeczuwa, a nawet widzi coś, co się wkrótce wydarzy. Nie będę tego wątku rozwijać, żeby nie psuć nikomu radości czytania, ale przytrafiło mi się coś bardzo podobnego. W czasie wakacji pojechaliśmy odwiedzić stareńkiego Warcisława. Dąb ma przeszło 600 lat i 7 metrów w obwodzie. Boże, gdyby potrafił mówić, ileż historii mógłby opowiedzieć! Jeszcze do niedawana Warcisław miał kumpla, Bolesława, ale parę lat temu Bolesław poległ od uderzenia pioruna. Obecnie zalega na ziemi, powoli zasila obieg materii w przyrodzie i zanika.  Dzień był słoneczny i piękny, nasze rowery sunęły lekko jak wiatr (przez rozłogi – jak śpiewa Artur Andrus w piosence „Duś, duś gołąbki”), las pachniał grzybami. No i od tych grzybów się wszystko zaczęło. Może zatrzymamy się na leśnym parkingu i rozejrzymy? A czy zabrałam mój wielofunkcyjny scyzoryk zakupiony w promocji w sklepie sportowym Regatta? No wzięłam, a jakże. Wyjmuję scyzoryk, podaję, bo a nuż trafi się jakiś prawdziwek… I wówczas pojawia się myśl, że ostatni raz widzę mój ulubiony nożyk. Przeczucie? Przebłysk jasnowidzenia? Niestety, pomimo, że starałam się o nim nie zapomnieć, pozostał na parkingu, w Kołobrzeskim Lesie, w okolicach Ustronia Morskiego… No cóż… Bohater książki miał widzenie, że tonie, więc zawsze może być gorzej, ale o tym cicho, sza…

Na zakończenie fragmencik:

„Dlaczego ludzie nigdy nie mówią prawdy?

I teraz już wiedział dlaczego. Bo mówić coś prawdziwego znaczyło mówić rzeczy, o których ludzie nie chcieli wiedzieć. A nawet gdyby chcieli wiedzieć, nie przejęli by się tym tak, jak powinni. Albo zwyczajnie by tego nie zrozumieli.”


Miłej lektury!


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Z półki leśnej Bibliotekarki - 37. Raki i raczki, czyli refleksje na temat książek przeczytanych tuż przed Międzynarodowym Dniem Walki z Rakiem - Milena Ziemba „Nie mam czasu na raka. Jestem zajęta życiem”, Georgi Gospodinow „Śmierć i ogrodnik” oraz… „Poniemieckie” Karoliny Kuszyk.

  Raki i raczki, czyli refleksje na temat książek przeczytanych tuż przed Międzynarodowym Dniem Walki z Rakiem - Milena Ziemba „Nie mam czasu na raka. Jestem zajęta życiem”, Georgi Gospodinow „Śmierć i ogrodnik” oraz… „Poniemieckie” Karoliny Kuszyk.

Prześwity - Wiersze. 19. Tłumacz

  Tłumacz   Gdybym mógł tylko wytłumaczyć co robię co Inny powiedział dosłownie powtarzam tylko słowo po słowie co napisał by więcej nie mówić W mojej wierności jest skaza jednak mój język zasłonięty oplata za mocno co względem innego światła jest swobodne jednak by zrozumieć trzeba więcej   ja tylko tłumaczę co było powiedziane mnie tylko przyrzeka jeden głos: przekaż dalej

Z półki leśnej Bibliotekarki - 41. „Święto Karkonoszy” - nowa powieść Sławka Gortycha

  „Święto Karkonoszy” - nowa powieść Sławka Gortycha Na tę powieść Sławka Gortycha czekałam z utęsknieniem, choć pisać jedną książkę w roku, to nie w kij dmuchnął. Przy okazji sprawdziłam o co chodzi z tym w kij dmuchaniem. Za czasów szlacheckich kij, to był kieliszek bez nóżki, długi i wąski, którego nie można było odstawić przed wypiciem zawartości. Wypić kij bez dmuchnięcia oznaczało opróżnić kielich duszkiem. Zważywszy na moc trunku, było to sporym wyzwaniem. Nie powiem, że chwalebnym, bo dla niektórych większym jest w kij niedmuchanie, ale zawsze to jakiś wyczyn. Teraz przynajmniej wiadomo, skąd się wzięło powiedzonko.