Przejdź do głównej zawartości

Prześwity - 3. "Poetka"


Poetka

Na jej twarzy rozchodził się wyraz ciągłego zaskoczenia, nieistniejącego otwarcia, niczym oczy jarzące się w zachwycie, niemogące objąć zachodzącej na niej rzeczywistości. Mimo wszystko miała mocno ściągnięte usta, które lekko falowały u nasady wgryzając się w wyraz gorzkiego posmaku. Mimo wszystko szła dalej, zlepiona zupełnie ze swoimi myślami, z których nie mogła się wykraść, wydobyć na kruchość ciszy. Wszystko w zakłopotaniu ścigało siebie, z jednej strony w drugą, wciąż idąc naprzeciw siebie. Myślała ulicą, która rozchodziła się wiernie w formacjach konturów, linii, krzywizn oraz pod postacią znanych jej już figur. Spieszyła się, jej ciężki chód, odbijający się od powierzchni kozaków, głośno rozbijał się, tworząc rozbudzone minigrzmoty, które odbijały się echem w matowym, zimnym powietrzu.
 
Spotkanie nie było nieumyślne, wiedziała o tym dobrze, czuło się to w jej chodzie, w jej tempie, jak pokonywała niewyschniętą jeszcze nawierzchnię chodnika. Ręce w kieszeniach płaszcza były mocno zaciśnięte, nie dopuszczała do siebie kolejnej możliwości, kolejnego odwrotu, który mógłby zaprzepaścić ten moment. Tym razem to opanuje.

Dobrze wiedziała, że tak nie będzie. Jej kroki, coraz bardziej chwiejne, prawie ocierające się o siebie, wystawiały ją przed światem, który nieprzerwanie poruszał się dalej. Samochody nie mające celu, przechodnie chodzący jakby w zaklęciu, niemogący przerwać rytmicznej narracji własnego przechodzenia, wciąż na nowo, w odsłonie kolejnych metrów, które trzeba było przemierzyć. A budynki? Te ciągle zmienne formacje - kolumnami szły wraz z nią, w przeróżnych odsłonach zakolorowanych bloków, pojedynczych, schowanych domków, ogromnych, za wysokich wieżowców i ukrytych, przytulonych do siebie czynszówek - wszystkie tak samo zasypane zaległym śniegiem, którego odbijający się błękit pęczniał na pozostawionych zwałach rozchodzącej się już materii.

A ona przekraczała każde jej kolejne zapadlisko, jakby bezwiednie ustępując kolejnym chwilom, jakie po sobie następowały, zmniejszając się za każdym razem, gdy jej wychudzone odbicie w zbyt dużym płaszczu odsłaniało się w rozwartych powiekach kałuż. Na oknach sklepowych jej postać również, jakby tylko kurczyła się lub wzrastała, nie zostawiając po sobie żadnego śladu. Szła jakby w obawie nie tyle tego, że się spóźni, lecz w przerażeniu, iż nie znajdzie drogi, którą znała równie długo jak siebie samą, nieustannie klucząc miedzy kolejnymi ulicami. Aż wreszcie wiedziona własnym przeczuciem, odnalazła właściwy kierunek, odpowiedni szczegół w jej zapomnieniu.

Zatrzymała się, zdziwiona tym, że była na miejscu - w środku płaskiego placu, w którym mieściły się kamienice o tym samym wzroście, niczym pamiątka z dawnych lat, odrestaurowana i daleka od tego czym kiedyś była. Wyciągnęła z ciężkiej torebki telefon - nie mogła być mocno spóźniona.

I nagle zdała sobie sprawę, że stał tuż obok, lekko mniejszy od niej - w granatowej, puchowej kurtce, w zamkniętej zastygłej twarzy skierowanej w jej stronę. Z tymi oczyma, jakie spodobały się jej na jego zdjęciu - wpadające w błękit, ale jeszcze nieokryte cieniem niebieskości.

- Cześć poetko, myślałem już, że nie przyjdziesz.

Jego uśmiech jakby wyżłobił dziurę w jej odwadze, prując wszelkie nici, jakie zaciągnęła na siebie, aby sprostać temu spotkaniu. Ku jej uldze, to jeszcze nie przyszło.

- Cześć, cześć.

Starała się uformować twarz w jakiś uspokojony rys, czując jak bardzo traci już kontrolę. Nie zauważył tego.

- Dziękuję, że chciałaś się spotkać. Uwierz mi, z mojego doświadczenia wiem, że rzadko która dziewczyna chce się spotkać. A jak już się zgadzają, to spotkanie jest w pełni milczące, nikt nic nie mówi, jest tylko czysta obecność dwojga osób zatrzymanych w czasie.

- Tak, tak.

- Wszystko w porządku? Z wyrazu twojej twarzy można wyczytać, że raczej nie zadowoliłem cię swym wyglądem. Nie martw się, ja też spodziewałem się czegoś lepszego, lecz za każdym razem jak spoglądam w lustro, wszystko pozostaje takie samo. Wyglądam jak wyglądam. Na zdjęciach starałem się niczego nie tuszować. Ty w zasadzie też jesteś inna, niż na zdjęciach. Cholera. Wybacz, już ci pisałem, czasem nie mogę tego opanować, tej napastliwości myśli, która czasami każe mi powiedzieć o jedno słowo za dużo. Bardzo cię za to przepraszam.

Oboje jednocześnie odwrócili od siebie wzrok, jakby nie chcąc już patrzeć w stronę niechybnej prawdy, której obawiali się obydwoje. A ona sama, znów raz jeszcze wniknęła w siebie, w znajomy niepokój, który przyjemnie obejmował ją w swym zatrzymaniu. Znów była u siebie, w znajomym środowisku myśli, które nachodziły ją po raz kolejny, i raz jeszcze, i raz jeszcze w ten sam sposób, by nie widzieć więcej, by tylko pogłębić głębokość, jaka się rozeszła między nią a tą obcą osobą. Oboje szybko pojęli, że milczenie między nimi trwało zdecydowanie zbyt długo.

- Hej, jest trochę zimno. Co powiesz na to, aby się gdzieś przejść? Jakaś restauracja? Może jesteś głodna? Chyba na taką pogodę najlepiej coś zjeść. Byłem kiedyś w tej restauracji, robią wspaniałe burgery, można spróbować. Albo nie, poczekaj, ktoś mi ostatnio mówił o nowej kawiarni, wiesz? Może tam byśmy mogli pójść, co ty na to?

- Tak, tak, możemy się przejść... w niezamkniętość nocy...

- Słucham?

- Nic, nic. Chodźmy, gdziekolwiek chcesz na promenadzie świateł...

Prędko wyciągnęła dłonie z kieszeni płaszcza, czując na nich chłód powietrza. Drobna ulga dla rozgrzanych palców.

- Śmiesznie mówisz, podoba mi się to. Sam również coś piszę, może nie wiersze, ale staram się. Chodźmy, to powinno być gdzieś niedaleko, może serwują tam coś ciekawego. Kurczę, ale szybko idziesz, ledwo można za tobą nadążyć.

Ona jednak pragnęła uniknąć tego rozpoznania, wiedziała że musi się znacznie bardziej pilnować, jeśli pragnęła to opanować. Dlatego też jej kroki były znacznie bardziej wyładowujące, mocniejsze w stopniu uderzeń o kamienny bruk, który łagodnie przyjmował zadawane przez nią ciosy.

- Spotkania tego typu zawsze są krępujące, zawsze trzeba uważać, lecz nie martw się, nawet jeśli za dużo gadam, to jednak słucham. Staram się słuchać. Człowiek wiecznie przejęty swoją rolą, nie ma czasu słyszeć innych. Żyjemy wyłącznie w narracji pierwszoosobowej, a jeśli ktoś spróbuje to przerwać albo zakłócić, ludzie zaczynają wpadać w irytację. Spójrz, nawet jak tak idziemy, przemawia przez nas coś, coś znacznie realniejszego niż my oboje - trwamy w relacji odchodzących, przesuwających się przedmiotów, nieutrwalonych ciągot, które do niczego nie prowadzą. Jesteśmy tylko uderzeniami naszych butów o powierzchnię chodnika. Cholera, wybacz znowu plotę głupoty - o, to jest tu na rogu.

Zwolniła bieg swych kroków, jakby nie dowierzając. Jego profil był w pełni skupiony na drodze, jaka rozchodziła się przed nim. Niczego nie sugerował, a gdy tylko spojrzał na nią, dostrzegła tą płaską naiwność, jaka objawiała się wcześniej na jego zdjęciu profilowym. Spłoszony jej spojrzeniem, ponownie wgłębił się w obfitość ulicy, która skurczyła się przed nimi w napięciu kolejnej odsłony budynków, które litościwie ustępowały ich przechodzeniu.

- Czasami nie zdajemy sobie sprawy o czym mówimy, ja na pewno tak mam. Rozpływam się we własnym głosie - to takie głupie... Jednak pewnych rzeczy nie można opanować. O to tu. Czekaj, otworzę ci drzwi. Wchodź, wchodź śmiało. Uu, jak tu pięknie pachnie kawą! Myślę, że tu spokojnie można usiąść. Nikt tu chyba nie będzie nam przeszkadzał. Podobno ten lokal jest otwarty do późna, może nawet do północy. Słuchaj, tu chyba trzeba podejść do lady, aby coś zamówić. Co chcesz? Kawę, herbatę?

- Kawa, kawa czarna jak mak.

Zostawił ją przy stoliku, wciąż nieopanowaną, wciąż niemogącą pojąć co się właściwie stało. Znowu to wymknęło się z niej, z takim lekkim odbiciem, a on nawet tego nie zauważył. Starała się za bardzo nie zbaczać z wytyczonych określeń, jakie sobie narzuciła. Głos krytyczny przemawiał wciąż w ten sam sposób, jednak ona nie słuchała. Po raz pierwszy odwróciła się od niego z odwagą, której się w sobie nie spodziewała.

- Pani powiedziała, że jak kawa będzie gotowa to przyniesie nam do stolika. Trzeba przyznać, że jest tu dość przyjemnie - spokojna atmosfera, nie za głośna muzyka. Lubię ten typ muzyki - nie do końca określonej, statycznej, ale posiadającej swój własny gest, swoją atmosferę. To ten rodzaj muzyki, który nie epatuje swoim indywidualizmem, swoją osobą. Muzyka bezosobowa ma w sobie coś ze spokoju, z braku potrzebnego wezwania, w stylu "patrzcie-tutaj-jestem", nie, dobra muzyka zamyka wieko naszych zapatrywań, wobec których jesteśmy tym kim jesteśmy. To raczej odsłona tego co jest na zewnątrz, na zewnątrz naszego wyimaginowanego świata, w którym myślimy, że istniejemy pojedynczo. Nie, tak nie jest, nasze ciała żyją w jednej duszy, a my jesteśmy tylko wędrującymi neuronami, które są w stanie wychwycić to wszystko... No tak, znowu to robię... A jakiej ty muzyki słuchasz?

- Ja tylko między dźwiękami wędruję...

- Słucham? Musisz mówić trochę głośniej.

- Ja tylko między dźwiękami wędruję!

Nim zdążyła zareagować, wachlarz jej dłoni przykrył jej twarz, w czerwonym rozbłysku, którego za wszelką cenę pragnęła zatrzymać, lecz już było za późno. Wszystko rozlało się w jednym porwanym wysunięciu, którego nie miała sił schować z powrotem. W jakiejś niegasnącej frustracji chciała coś powiedzieć, jednak przemawiały za nią wyłącznie spazmatyczne powroty łkania, które jeszcze bardziej nakłuwały ją swą bezradnością, do tego stopnia, że coś się w niej poddało:

- Czy chociaż raz mogłabym się uskrzydlić i popatrzeć dalej? Czy chociaż raz nie musiała mnie zakrywać ta mowa, pełna dźwięków bez smaku, ślizgająca się naprzeciw siebie, nic nie dająca? Czemu, czemu nie mogę pływać zwyczajnie, tak jak inni rozpływają się w swej znikomości, w swych wypowiedziach bez wyrazu, bez koloru, gdy ja sama marznę od swych słów, wyciągniętych, zwiniętych nie do pary! Zawsze nad ziemią, nigdy na powierzchni, jak przykazano wszystkim! Na zawsze zamknięta w pętli własnych niedookreśleń...

Czuła jak policzki puchną jej od ciepła, którego słone łzy nie były w stanie ugasić. W tętniącej ciemności palców, słyszała wyłącznie szum obojętnej melodii, której ciche brzmienie działało na nią łaskawie. Pragnęła by wszystko pozostawało w takiej martwocie, która mogła wchłonąć w siebie wszystkie włókna tego zdarzenia, nie zostawiając już więcej żadnych śladów, które mogłyby świadczyć o jej obecności. Pomimo tego, słyszała jak cała kawiarnia pulsuje życiem, dźwiękami, których nie była w stanie zatrzymać, ani spowolnić. Poczuła delikatny dotyk na ramieniu, który prędko odpłynął jak przestraszona ryba. Nie byli już sami.

- Czy wszystko w porządku?

- Tak, tak. Moja koleżanka źle się poczuła. Czy będzie pani tak uprzejma i przyniesie jej szklankę wody?

- Zaraz przyniosę.

- Dziękuję.

Mimowolnie wyczuła cierpki aromat kawy, który zbliżył ją do siebie. Minęła chwila ciszy, a potem usłyszała jego głos.

- Hej wiem, że jestem ostatnią osobą, której mogłabyś to powiedzieć - czy mogę ci jakoś pomóc? Jestem w zasadzie obcą ci osobą, ale to nawet dobrze się składa. Nie wiem co się z tobą dzieje, ale wiem, że czasami warto wygadać się obcej osobie. To tylko kwestia zaufania. Słuchaj, nikomu tego nie mówiłem, a ty będziesz pierwsza. Dawno, dawno temu, byłem z rodzicami na wsi. To była jakaś znana mojej mamie rodzina, która miała gospodarstwo. Za dzieciaka często jechaliśmy tam z siostrami, na wakacje. Była tam pewna grupa dzieciaków w moim wieku, ale to nieważne. W tym gospodarstwie mieli rzecz jasna kury, które biegały sobie swobodnie, jednak to też nieważne. Ech, no dobra. Gdy przybyłem tam na wakacje, nie wiem, mogłem mieć pięć, sześć lat. To było lato, wylęgło się sporo kurczaków, które łaziły wszędzie dookoła. No więc ja chwyciłem jednego z nich, wił mi się mocno w dłoni... i ja... ja go zmiażdżyłem. Głupi szczyl, zmiażdżyłem niepotrzebnie... Wszystko się z niego rozlało, byłem przerażony, nie wiedząc co zrobić, chyba nawet w tej samej chwili, gdy to się stało, wyrzuciłem jego resztki w krzaki. Krew pewnie wytarłem w trawę, nie pamiętam. Ach, nawet teraz czuję się przez to okropnie.

Przez chwilę określała się tylko zewnętrzność, wypełniona melodią głośników i dźwiękami słów rozchodzących się gdzieś w pobliżu. I jak czekająca lokomotywa - syk pary z maszyny do parzenia kawy.

- Nie wybaczyłem sobie tego do dziś. Za każdym razem, gdy przyjeżdżaliśmy do tego gospodarstwa, czy to na wakacje, czy tak przy okazji, przychodziłem na miejsce mojej zbrodni i w myślach prosiłem małego kurczaczka o przebaczenie. Wiesz, taki rodzaj dziecinnej modlitwy. Z różnych przyczyn przestaliśmy już tam przyjeżdżać, a ja urosłem i po części zapomniałem. Jednak nigdy nikomu o tym nie powiedziałem, nawet rodzicom. Ty jesteś pierwszą osobą, która wie, za co muszę cię po części przeprosić. Nie przedstawia mnie to w dobrym świetle, lecz wierzę w to, że nikomu o tym nie powiesz. Ufam ci. Mam nadzieję, że ty uczynisz to samo i również mi zaufasz. Uwierz mi, nie jestem tu, aby kogokolwiek oceniać, na pewno nie ja - morderca niewinnych kurczaków.

Prędko wyczuła, że nie są sami. Delikatna smuga powietrza dotarła do niej niewyraźnie.

- Proszę to wypić. Dodałam trochę aspiryny, to może pani pomoże.

Spod skrzydeł jej dłoni wyłoniło się białe światło. Budzący się na nowo wzrok, starał się dopasować różnice na połyskującym, szklanym stoliku. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyła były jej lekko ubrudzone czubki kozaków. Spojrzała na stojącą obok młodą kobietę. Jej twarz była owiana jakiegoś rodzaju zaciekawieniem. W rękach, niczym świecę, trzymała szklankę wody. Wyrwana z mroku odebrała chłodną nawierzchnię szkła w swoją rękę.

- Dziękuję.

Wyraz kobiety szybko się zmienił, przeciągnął w stronę lekkiego zawieszenia, za którym kryło się coś ciepłego.

- Gdyby pani czegoś potrzebowała, proszę dać mi znać. Teraz przepraszam, przyszli nowi klienci. Proszę podejść do lady to pomogę.

- Dziękuję, już lepiej przenikam obłoki.

- Śmiesznie pani mówi. Już idę! Tak jak mówiłam, wystarczy tylko podejść.

Uśmiechnęła się jeszcze na moment i giętkim krokiem poszła w kierunku czekającej ją pary.

Była już spokojna. Przetarła rąbkiem rękawa policzki i ze wstydem spojrzała w jego stronę. Miał na sobie dwukolorowy sweter - brąz i zieleń mieszały się ze sobą.

- Czy to jakaś przypadłość, że tak mówisz?

- Nie mnie wnikać w ten karnawał słów zwyczajnych. Mogę tylko przypatrywać się ze znajomością ludzkich wskazań, lecz nikt nic nie powie, nie doradzi, nie powstrzyma. Czasami trzeba milczeć aż zanadto, nawet do ostatniego słowa, mgliste tylko wymowy bez treści. I chociaż ciało w niczym nie oponuje, klarowne jest jak zawsze, słowa same z siebie nie mogą uformować własnego gniazda.

- Na pewno byłaś z tym u psychologa. Jakaś blokada?

- Wszystko pozostaje w zgodzie, nieprzerwanie łagodne, takie jakie pozostawało. Nic w żaden sposób nie pozostawało na przeszkodzie tego wezwania, tej boskiej rozpaczy, która okryła się tak sporadycznie w uchwytach każdej mojej klamki - jednak zabrakło drzwi, które można było otworzyć na wierzch, spoglądać, jak każdy inny raz, jak każde inne spojrzenie człowieka, który nie jest w stanie nic powiedzieć.

- Domyślam się, że nie masz lekko. Czyli te wszystkie wiadomości, które mi wysyłałaś, tak poetyczne, tak nieklarowne, a zarazem tak piękne - to była twoja przypadłość?

Kiwnęła twierdząco głową.

- Łał. To i tak nie zmienia postaci rzeczy. Podobały mi się te teksty, no i ty mi się podobasz. Znaczy, cholera, nie mnie to oceniać. Lecz twoje teksty... Podoba mi się jak opisałaś swoją mamę. No i twoje koleżanki z pracy. Gdzie ty konkretnie pracujesz? W jakimś biurze?

Jej dłoń prędko wyciągnęła z torebki portfel, podała mu plastikową kartę.

- Pracujesz w bibliotece? No tak, to przecież genialne! W bibliotece nie trzeba za wiele mówić, a większość czasu spędza się z książkami. Tylko jak poradziłaś sobie na studiach?

Z lekkim zniecierpliwieniem podała mu kolejną kartę. Na chwilę położyła sobie ostrzegawczo palec na usta.

- Masz kategorię niepełnosprawności - niemowa? Ha, ha. Bardzo przydatne. No w twoim przypadku nawet bardzo. Widzę, że twoi rodzice pomyśleli o wszystkim.

- Przenieśli mnie na drugą stronę, czasami tracąc ciągłość drogi. Rzeka na pewno była głęboka, a oni mieli wiele do przejścia, sami w dwójkę, czasami wbrew siebie, czasami osobno. Przekraczali swoją jednostkowość, jednak gdyby nie oni, wszystko byłoby tylko pogonią za straconym czasem, którego nie sposób zrozumieć.

- Hej, jak się trochę uspokoisz zaczynasz mówić wyraźniej.

Spojrzała na niego po raz pierwszy - ta płaskość ustąpiła, jego twarz, mimo że pełna błędów, w tej samej chwili stała się wyraźniejsza, spokojniejsza. Chciała na nią patrzeć.

- Proszę, napij się kawy. A teraz, proszę opowiedz mi, jak marzy się w takim języku, jak się dzięki niemu śni?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dyskusyjny Klub Książki w Bibliotece UKW - 3. „Wrony” Petry Dvorakowej

„(…) Wrona nie czuje strachu. Wrona nie czuje radości (…) Za szybą dziewczynie na białej poduszce płoną policzki (…) ”.

Prześwity - 2. "Nieprzejednane zwierzęta"

 Nieprzejednane zwierzęta