Z półki leśnej Bibliotekarki - 36. W pogoni za prawdą, czyli „Nie jesteśmy tu dla przyjemności” Niny Lykke, „Sąsiednie kolory” Jakuba Małeckiego i „Cudowne lata” Valerie Perrin
W pogoni za prawdą, czyli „Nie jesteśmy tu dla przyjemności” Niny Lykke, „Sąsiednie kolory” Jakuba Małeckiego i „Cudowne lata” Valerie Perrin
Od chwili, gdy zaczęłam jeździć na ebiku, który waży tonę, zastanawiałam się, jak też on sprawuje się na zaśnieżonej nawierzchni. Niejednokrotnie włączałam wyobraźnię i widziałam siebie, jak gnam w półmetrowym śniegu, z impetem i spektakularnie rozpryskującym się na boki, a mój poczciwy rower stabilnie trzyma się podłoża. W końcu jest duży, waży 25 kg (!) i ma zdecydowanie grubsze opony niż stary, lekki jak piórko wiatrolocik. Wreszcie nadszedł moment konfrontacji wyobrażeń z rzeczywistością. Na koniec listopada napadało tyle śniegu, że pół nocy słychać było trzask łamiących się pod ciężarem okiści śnieżnej sosnowych gałęzi. Na ziemię padały nie tylko one, ale także całe korony, gdyż słabsze drzewa łamały się jak zapałki. Oczywiście moja fantazja ułańska nie jest aż tak ogromna, żebym gnała na rowerze („jak wiatr przez rozłogi” – cytując fragment piosenki Artura Andrusa pt. „Duś, duś gołąbki”) w świeżym śniegu, między upadłymi gałęziami sosen, zwłaszcza, gdy utworzyły się nieomal półmetrowe zaspy. Jednak po paru dniach, gdy w mieście wszystkie ścieżki rowerowe wyzwoliły się z lodowej skorupy, a moja droga dojazdowa nadal tonęła w śnieżnej szlace i lodowym błocie pomyślałam: dosyć tego, ruszamy! I wyprowadziłam mojego rumaka ze stajni. Ahoj przygodo! Ruszyliśmy… No i nastąpił oczekiwany moment, gdy skonfrontowałam wyobrażenie z twardą rzeczywistością. Otóż ciężki ebike na lekko oblodzonej powierzchni, w śniegowej szlace, jeździ zakosami, wyrzuca go na boki i jest niestabilny! Opony wcale nie zapadają się w mokrej breji, lecz ślizgają jak para taneczna podczas mistrzostw świata w łyżwiarstwie figurowym na lodzie. No, może bez takiego wdzięku. Szczęśliwie droga dojazdowa z leśniczówki do węzła Lotnisko nie jest zbyt długa, więc trochę w siodle, a trochę prowadząc rumaka za uzdę dobiłam do skrzyżowania i potem już gnałam sobie spokojnie po bezpiecznej, czarnej jak smoła (ciemno było) nawierzchni.
Wrócę jeszcze do okiści, bo nigdy wcześniej nie obserwowałam tego zjawiska atmosferycznego w tak znacznym nasileniu. Otóż okiść powstaje wówczas, gdy nadmiar mokrego śniegu naciska na gałęzie i one gną się i łamią się pod jego naporem. Tej nocy, gdy spadło dużo śniegu, las mocno ucierpiał. Jedna z sosen przy leśniczówce złamała się na pół, a jej korona huknęła z impetem na nasz płot. Ponieważ całą noc słyszałam podejrzane trzaski i łomoty, specjalnie się tym nie przejęłam. Dopiero rano, wychodząc do pracy, zauważyłam zmiażdżony płot i pół sosny na dachu drewutni. Wkrótce cały śnieg w lesie się stopił odsłaniając ogromne spustoszenie. Na ziemi zalegały połamane gałęzie, a także odłamane wierzchołki potrzaskanych drzew. Teraz wygląda to tak, jak gdyby przez las przeszło tornado. Przyroda ma to do siebie, że potrafi się odradzać, dlatego nie rozpaczam i nie wyrywam włosów z głowy… Zresztą niewiele mi ich zostało po ostatniej wizycie u fryzjera… Włosy odrosną, a i las sobie poradzi.
A jakie książki wpadły mi ostatnio w ręce?
Tytuł pierwszej odnosi się do współczesnej rzeczywistości, w której wszyscy tkwimy zanurzeni po uszy. Brzmi „Nie jesteśmy tu dla przyjemności”. Autorką jest Nina Lykke, pisarka, obecnie mieszkająca w Norwegii. Wspomniana książka mocno mnie zaskoczyła. Główny bohater, Knut, to na pozór nieudacznik, niespełniony pisarz, autor zaledwie jednej powieści, która zdobyła uznanie krytyki, bo pozostałe jego książki nie spełniły pokładanych w nich nadziei. Z jednej strony budzi politowanie, z drugiej wydaje się być nam niepokojąco bliski. Jego udział w festiwalu literackim w Lillehammer, którego tematem przewodnim jest „Niewierność w życiu i literaturze” skłania do zastanowienia nad autentycznością i szczerością relacji międzyludzkich, nad tym, co jest w życiu ważne, co jest prawdą, a co jej wyobrażeniem wyprodukowanym dla poparcia własnych tez, wylansowania siebie, wykreowania własnego, atrakcyjnego wizerunku, pięknego, lecz rozmijającego się z prawdą. Jak moje wyobrażenie na temat jazdy na ciężkim rowerze w puszystym śniegu lub lodowej szlace… Książka mnie zaintrygowała do tego stopnia, że postanowiłam zmierzyć się z pozostałymi, przetłumaczonymi na j. polski, powieściami autorki.
Fragmencik na zachętę: „Knut jest przekonany, że wszystko, co się dzieje, ma z nim jakiś związek – jest to zapewne oznaka starości, dowód, że czas zakręca i wije się z powrotem ku dzieciństwu, tak że niedługo będzie na tym samym poziomie, co w wieku lat trzech”.
I jeszcze jeden: „Knut kładzie się na ławce, by dać odpocząć plecom, za długo siedział – najpierw w pociągu, a potem na tej nieszczęsnej prelekcji – i czuje się zesztywniały. Ławka jest nagrzana od słońca. Ptaki ćwierkają w koronach drzew. (…) Ogarnia go poczucie dziwności absolutnie wszystkiego – jest to coś, co dokucza mu od zawsze, ale co wcześniej zbywał najczęściej wzruszeniem ramion. Teraz to uczucie wybija na powierzchnię jego świadomości i wrzeszczy – jakie wszystko jest dziwne: ulice, domy, wszyscy ludzie, twarze przemawiające dookoła niezliczonych stolików w kawiarniach, restauracjach i parkach. Po raz kolejny Knut nabiera przekonania, że wszyscy oprócz niego pojęli coś, czego on nigdy nie pojmie.
- A kogo to obchodzi – mamroczą zmarli (ławka znajdowała się koło cmentarza – moja uwaga). I tak nigdy nie zrozumiesz, o co chodzi, a wkrótce będziesz leżał tu razem z nami.”
Kolejna książka, która wpadła mi w ręce, a właściwie została podarowana na urodziny, to „Sąsiednie kolory” Jakuba Małeckiego. Lubię tego pisarza, bo rewelacyjnie czyta się jego powieści. Z wyczuciem operuje słowem, potrafi stworzyć niesamowity klimat, wywołać emocje, oddać nastrój, uchwycić i wyrazić myśl, którą zaledwie przeczuwamy, ale sami nie ubralibyśmy jej w słowa. Tyle, że „Sąsiednie kolory” są mocno nostalgiczne, dość przybijające i smutne. Zapewne takie właśnie miały być, bo jak wiadomo, choćby po lekturze pierwszej opisywanej przeze mnie książki – nie jesteśmy tu dla przyjemności. Nie znaczy to jednak, że mamy się bezustannie katować i umartwiać. Akcja powieści Małeckiego toczy się w małym miasteczku międzywojennej Polski. Główny bohater, właściwie jeden z wielu, ale chyba najważniejszy, jest stolarzem i zajmuje się wyrabianiem trumien. Jest mocno depresyjny, jakby na pół obecny, zapadnięty w swoim świecie, dość ponurym i jakby… Oderwanym od rzeczywistości? A jakże! Ulega silnej fascynacji młodą kobietą, która „umarła z tęsknoty”. Być może wyobrażenia na temat kogoś, kto odchodzi z tęsknoty są bardziej atrakcyjne niż otaczająca nas codzienność? Być może wszyscy gonimy za mrzonkami? Przecież sama też wyobrażałam sobie cudowny start ebike’a prosto z zaspy przy leśniczówce, a potem jego lekki i beztroski galop po topniejącym śniegu i lodzie wprost do odśnieżonej drogi…
Wiem, że są ludzie, którzy wolą czytać literaturę faktu niż beletrystykę, a więc o tym, co się realnie wydarzyło niż o tym, co zrodziło się w głowie pisarza. Ja jednak bezustannie zachwycam się klasyką i lubię przebywać w światach wymyślonych, starając się wyciągać z książki to, co uniwersalne i dotyczy nas wszystkich, a jednocześnie nie ulegać złudzeniom, że w życiu wszystko się tak pięknie układa jak w powieściach. Albo tak dramatycznie, niezwykle ekscytująco, barwnie. Ostatnio polecałam najnowszą książkę Valerie Perrin pt. „Colette”. Tymczasem od jesieni na półce stacjonowały nieprzeczytane „Cudowne lata” tejże autorki. Nie wiem, skąd ludzie czerpią pomysły na swoje książki, ale Valerie Perrin znowu mnie urzekła. Opowiada historię trojga przyjaciół i ich burzliwe losy. Nina to młoda kobieta (choć poznajemy ją, podobnie jak pozostałą dwójkę bohaterów jako dziecko), która po śmierci ukochanego dziadka wikła się w toksyczną relację, następnie toczy długą walkę o odzyskanie siebie. Etienne’a dręczą wyrzuty sumienia, które nie pozwalają zaznać mu spokoju, choć jak się okazuje, nie wszystko wyglądało tak, jak to sobie wyobraził i kilkanaście lat przejmował się tym, co się właściwie nie wydarzyło. Trzeci bohater, Adrien, to chłopiec, który mentalnie jest dziewczyną. Akcja powieści jest niezwykle wartka, a jej zwroty zaskakujące. Język potoczysty i barwny, czyta się ją z przyjemnością i zainteresowaniem. A przy okazji można poczuć, że samemu jest się okruchem nieskończoności, maleńkim puzzlem w ogromnej układance świata i że wszystkich nas dręczą podobne pytania. Mnie na przykład o to, co jest fikcją, a gdzie znajdują się okruchy prawdy. I na to odpowiada mi autorka słowami Adrien’a: „Wierzę, że w każdej powieści jest trochę prawdy, fantazja karmi się rzeczywistością. A w autobiografiach jest dużo kłamstw”. Czasami też zastanawiam się, podobnie jak ojciec głównego bohatera filmu „Dojrzewanie”, a w „Cudownych latach” matka patologicznie zaborczego Emmanuela, jaki wpływ mamy na nasze dzieci, czy ich szczęście zależy od nas, a może – starając się wychować je najlepiej jak umiemy - coś zrobiliśmy nie tak, a w takim razie, co można było zrobić lepiej? Tyle, że nie zawrócimy Wisły kijem i nie cofniemy czasu. Podobnie, jak nie otrzymamy odpowiedzi na wszystkie pytania. Na zakończenie przytoczę słowa Ge, matki Emmanuela, która po ślubie syna wyemigrowała z Francji i wraz z mężem zamieszkała w Maroku:
„Tu zawsze jest piękna pogoda, a zapachy, które wdycha dzisiejszego ranka, są niewątpliwie upajające. I to światło, szczególnie piękne. Lecz Ge wie, że prawdziwe słońce świeci tam, gdzie są nasi bliscy. Ci najbliżsi. Kiedy Emmanuel był dzieckiem, myślała: Gdyby syn mnie poprosił, mogłabym nawet ukryć zwłoki. Nigdy nie kochała nikogo tak mocno jak Emmanuela. Niezależnie od tego, co zrobił, zawsze go usprawiedliwiała.
A potem zjawiła się Nina. I Ge zobaczyła, jak syn się zmienia. Jak Nina powoli gaśnie, a w oczach syna kiełkuje szaleństwo. Najpierw kiełkuje, ale z czasem niebezpiecznie się zakotwicza. Jego stosunek do niej, obsesja na jej punkcie, śledzenie jej, pilnowanie na każdym kroku, niemal prześladowanie.
Jeden jedyny raz ośmieliła się zwrócić mu uwagę. „Powinieneś zostawić Ninę w spokoju”. Naskoczył na nią. Moja zona jest bardzo młoda. Muszę się nią opiekować jak ojciec.
Ta odpowiedź ją zmroziła. Co ja zrobiłam? Jak go wychowałam? Czego nie zauważyłam? Czy to ode mnie nauczył się podobnych bzdur? Czy nasze dzieci są do nas podobne?”
„Cudowne lata” to ciekawa, mądra i ciepła książka, dlatego polecam ją wraz z pozostałymi.
.png)





Komentarze
Prześlij komentarz