Głos
1.
– Już czas.
Przeszła do drugiego pokoju, zaniepokojona głosem, który do niej przemówił. Marta dobrze go znała, wiedziała, co oznaczał. Nie będzie mogła się przebrać. Musiał jej wystarczyć przewiewny podkoszulek, spodnie od piżamy w czerwoną kratę i włosy spięte w niedbały kok.
Ciemność salonu rozpraszały jedynie cienkie pasemka światła tańczące na prostokątnym dywanie. Słońce nie mogło się przebić przez zasłonięte żaluzje. Nie wiedząc, co ze sobą zrobić, Marta usiadła na skórzanym fotelu, który przyjął jej ciężar z typowym westchnięciem. Wpatrywała się w ciemny ekran telefonu, który leżał na szklanym stoliku nieopodal kanapy. Wciąż nie mając pewności, chwyciła go, by sprawdzić godzinę.
– Za chwilę przyjdą.
Wiedziała, że głos pochodzi od niej, ale do niej nie należał.
Zauważyła, że obok telefonu leży pęk kluczy z doczepionym do nich breloczkiem przedstawiającym małą, uśmiechniętą pandę.
– Zapomniała kluczy.
– Nie martw się, jest ze mną bezpieczna.
– Jak to z tobą? Przecież miała być w szkole!
Całe jej ciało wniknęło w miękkość fotela, który w tej chwili zdawał się dla niej nie istnieć. Jej mocno napięte mięśnie reagowały na to, co dopiero miało się stać. Spojrzała w stronę kuchni.
– Jeszcze trochę. Pamiętaj – tak, jak się umówiłyśmy – za dziesięć minut przejmuję kontrolę. Na razie mam pewną sprawę do załatwienia, za chwilę wracam.
Nagle usłyszała jakieś poruszenie. Ktoś nerwowo szarpał za klamkę. Prąd przeszedł jej po plecach i nim zdołała się zorientować, była już przy drzwiach wejściowych. Jej własny głos zdawał się obcy.
– Kto tam?
– To ja, mamo, wpuść mnie.
Przez chwilę się wahała. Głos umilkł. Dzikie, przesycające poczucie osamotnienia wróciło. Starała się nie zwracać na nie uwagi.
– Zaraz cię wpuszczę.
Drzwi z trudem wykonywały swoje zadanie. Wiedziała, że nie zostało jej dużo czasu. Córka przyglądała się jej z pewną obojętnością, a następnie weszła do środka. Drobną dłonią odgarnęła z twarzy długą blond grzywkę. Martę zdziwiło jej ubranie. Miała na sobie przyciasną fioletową sukienkę przepasaną białym materiałem. Pamiętała ją dobrze, kupiła ją kilka lat temu. Lecz Julia była wtedy małym dzieckiem.
– Dlaczego nie jesteś w szkole?
– Nauczycielka zachorowała. Puścili nas wcześniej. Co się stało? Masz dziwną minę, wszystko w porządku?
Przyglądała się jej z pewnym nienasyceniem. Jej oczy wciąż zdawały się bez połysku, wyblakłe.
– Tak, wszystko gra. Hej, a co się stało z twoją blizną?
– Jaką blizną?
Jej drobna twarz zdradzała niepokój, lecz oczy, te dziwnie spokojne oczy pozostawały bez wyrazu.
– Nie pamiętasz? Tą od roweru. Nad lewą brwią. Co się z nią stało?
Dziewczynka dotknęła palcami czoła w poszukiwaniu wskazanego miejsca.
– Nie wiem. Może się zagoiła?
Marta spojrzała w stronę kuchni.
– Słuchaj, nie mam zbyt wiele czasu, żeby ci to wszystko wyjaśnić. Proszę cię, idź prędko do łazienki i zamknij się od środka.
– Dlaczego? Co się dzieje?
Zawahała się raz jeszcze, widząc jej reakcję.
– Najgorsze jest to, że nie wiem. Nie wiem, co się stanie. Błagam cię, zrób tak, jak prosiłam. Szybko!
– Mamo, czy ty jesteś chora?– zapytała dziewczynka, jakby zapadając się w sobie z niepokoju.
– Dosyć gadania! Szybko, szybko!
Dobrze wiedziała, że jej nie przekona. Usłyszała pierwsze lekkie stuknięcie w kuchni. Z zaskakującą stanowczością pociągnęła córkę i wepchnęła ją do pustej łazienki, zamykając za sobą drzwi.
– Przekręć zamek!.
Poczuła ulgę, gdy usłyszała zgrzyt mechanizmu.
– Nie wychodź stamtąd, dopóki ci nie pozwolę.
Hałasy z kuchni były coraz wyraźniejsze. Jakby coś z plaśnięciem spadło na podłogę. Wyszła do przedpokoju. Zauważyła, że cienkie włoski na jej przedramionach zaczynają się unosić. Bała się. Prędko spojrzała w prostokątne lustro znajdujące się nieopodal wejścia. Przyglądała się jej zmęczona kobieta w średnim wieku, której długie, ciemne włosy wymykały się z koka, unosząc się, sztywne jak stal.
– Co się dzieje?
Usłyszała przytłumiony głos wydobywający się z łazienki. Gęste powietrze nie pozwoliło Marcie odpowiedzieć; nie mogła złapać tchu. Z obawą spostrzegła, że obok jej odbicia w lustrze stało dwóch mężczyzn. Jeden z nich dotknął brzegu filcowego kapelusza.
– Cześć, gwiazdeczko.
Kobieta w lustrze uśmiechnęła się. Ciemne włosy opadły jej na twarz.
– Już tyle razy cię prosiłam, żebyś mnie tak nie nazywał, Gilbercie.
To nie był głos Marty. To nie ona poprawiała sobie właśnie grzywkę, mimo że ewidentnie to jej własna dłoń odgarniała pasma włosów. Mogła się jednie temu przyglądać, jak pasażer w obcym aucie.
Mężczyźni mieli na sobie przestarzałe, białe garnitury w ciemne, odblaskowe paski. U jednego były skierowane poziomo, u drugiego pionowo. Oprócz tego szczegółu za bardzo się od siebie nie różnili. Ich twarze były niewyraźne – gdy tylko próbowała skupić na nich wzrok, ginęły, jakby cały czas były w ruchu. Zdawały się wyłącznie czystą energią, która przybierała różne postacie, niczym trzaski prądu. Tylko garnitury i filcowe kapelusze stanowiły wyraźny element ich wyglądu. Gilbert, ubrany w pionowe paski, zwrócił się do odbicia.
– Nam również bardzo miło cię widzieć. Chcemy wyłącznie dowiedzieć się, gdzie ona jest.
Coś się w niej na chwilę zawahało.
– Jest tam, gdzie zawsze. Chcecie już dzisiaj to zrobić?
Oblicze mężczyzny, z którym rozmawiała, stało się ostrzejsze, przybierając twarzopodobny zarys.
– Jeszcze nie jesteśmy gotowi. Potrzebujemy więcej czasu na regenerację. Chcemy ją tylko zobaczyć.
– Tylko niczego nie dotykajcie, nie chcemy chyba powtórki z rozrywki.
– Dobrze, kotku.
Przezroczyste, niebieskawe oczy przyglądały się jej z nieukrywanym zainteresowaniem.
– Niby tacy starzy, a ciągle im sprośności w głowie.
Gilbert ukłonił się i palcami dotknął ronda kapelusza.
– Dobrze wiesz, że starość nie ma tu nic do rzeczy. I tysiąc lat nie zmieni tego, kim jesteśmy. Pokażesz nam ją? Chcemy tylko popatrzeć.
– Ależ oczywiście, zapraszam.
Zaczęli iść w stronę łazienki. Marcie zdawało się, że już za chwilę tam wejdą, lecz ku jej uldze przeszli dalej. Zatrzymali się przy pokoju Julii. Otwarte drzwi ukazywały niepościelone łóżko i kilka porozrzucanych na podłodze zabawek. Machinalnie pchnęła drzwi, a te zamknęły się z trzaskiem. Chwyciła raz jeszcze za metalową klamkę i pociągnęła ją w swoją stronę. Marta przyglądała się, olśniona dziwnym widokiem. Tam, gdzie wcześniej był pokój jej córki, znajdowała się nieskończenie zielona łąka. Od razu pojęła, że z tym widokiem było coś nie w porządku. I nie była to dziwaczna niebieskość mleczy, które mieszały się z zielenią traw. Poczuła przeszywający, nienaturalny powiew wiatru, który przeniknął przez jej piżamę.
Odwróciła się, aby mieć pewność, że dwójka mężczyzn weszła wraz z nią. Zdziwił ją widok otwartych na oścież drzwi, osadzonych w pustej przestrzeni. Widziała znajomy, mały przedpokój, a w nim równie znajome lustro, wieszak, pozostawione w rzędzie buty – wszystko w oddaleniu jakby jakiegoś innego, obcego jej życia. A głos nie
należący do niej jeszcze bardziej pogłębił uczucie niezwykłości.
– Chodźmy zobaczyć.
Ciąg dalszy nastąpi...

Komentarze
Prześlij komentarz